środa, 19 lutego 2014
WAŻNE!!!!!!
Hej Kochane <3 Nie mam weny. Totalnie nie wiem, jak już pociągnąć to opowiadanie. Muszę bloga zawiesić. :( Jednak mam straszną wenę na nowe opowiadanie <3 Zapraszam serdecznie na krótki wstęp! http://worldhurt.blogspot.com/ :*
środa, 8 stycznia 2014
23. 'A Robert?'
Powiem
mu. Powiem mu o swoich uczuciach.
Szybko i bez słowa wyszłam z domu. Idąc szybkim krokiem układałam sobie w
głowie to wszystko, co zamierzam mu powiedzieć. Nagle brzuch zaczął mnie
boleć, a serce zaczęło bić jakoś szybciej.
Stałam już u drzwi jego domu. Nie
pojęłam tego, że droga tak szybko mi upłynęła. Ostatnie myśli przeleciały mi
przez głowę i spontanicznie przycisnęłam dzwonek, który jest zamocowany przy
drzwiach. Strasznie się denerwowałam.
Przycisnęłam dzwonek po raz kolejny. Nikt
mi nie otwierał. Oddaliłam się trochę od drzwi, aby sprawdzić, czy w jakimś
pomieszczeniu świeci się światło. Dom był pusty.
Zaczęłam zastanawiać się, gdzie on może być. Jedyne miejsce, które przyszło mi
do głowy to nasz ulubiony most w parku. Biegiem podążałam w jego stronę. Bałam
się, że Marco może zrobić coś głupiego. Może nie wygląda na takiego, ale jest
strasznie wrażliwy.
Ostatkiem sił dotarłam na miejsce. Marco siedział nie na moście, lecz na
przewalonym drzewie pod mostem. Drzewo to opadło już bardzo dawno temu, ale nie
można go postawić. Jest to zakazane. Leży ono metr od rzeki pod mostem.
Zazwyczaj siedzą tam dwójkami ludzie darzący się silnym uczuciem, jakim jest
miłość.
Szybko przebiegłam przez most i po stromych schodach zeszłam na dół.
Złapałam głęboki oddech. Cichym i powolnym krokiem szłam do Marco, który siedział do mnie tyłem. Zauważyłam, że on patrzy się na swoją rękę rozmyślając. Podeszłam bliżej. W końcu usiadłam obok niego. Dopiero wtedy mnie zauważył.
Złapałam głęboki oddech. Cichym i powolnym krokiem szłam do Marco, który siedział do mnie tyłem. Zauważyłam, że on patrzy się na swoją rękę rozmyślając. Podeszłam bliżej. W końcu usiadłam obok niego. Dopiero wtedy mnie zauważył.
- Daj mi to – powiedziałam patrząc na niego. Wysunęłam rękę w przód.
Marco patrząc na mnie, bez słowa położył mi na dłoni żyletkę, którą chciał zranić swoje ciało.
- Dlaczego chciałeś to zrobić?
- Jeszcze nie zauważyłaś? Kocham Cię. Już nie musisz mi mówić, że ty nie czujesz do mnie tego samego. Wałkowaliśmy ten temat wiele razy. Nie mam ciebie – nie mam nic. Proste? Proste.
Po jego słowach zapanowała cisza. Dopiero po kilku minutach przerwał ją mój cichuteńki szept.
- Ale.. Ja też Cię kocham – wyszeptałam.
- Co?
- Kocham Cię.
- Czyli, że mnie okłamałaś?
- Chyba tak można powiedzieć, ale to nie znaczy, że Ci nie ufam.
- Więc dlaczego to zrobiłaś?
- Bałam się.
Patrząc sobie prosto w oczy zbliżyliśmy swoje usta do siebie.
Marco patrząc na mnie, bez słowa położył mi na dłoni żyletkę, którą chciał zranić swoje ciało.
- Dlaczego chciałeś to zrobić?
- Jeszcze nie zauważyłaś? Kocham Cię. Już nie musisz mi mówić, że ty nie czujesz do mnie tego samego. Wałkowaliśmy ten temat wiele razy. Nie mam ciebie – nie mam nic. Proste? Proste.
Po jego słowach zapanowała cisza. Dopiero po kilku minutach przerwał ją mój cichuteńki szept.
- Ale.. Ja też Cię kocham – wyszeptałam.
- Co?
- Kocham Cię.
- Czyli, że mnie okłamałaś?
- Chyba tak można powiedzieć, ale to nie znaczy, że Ci nie ufam.
- Więc dlaczego to zrobiłaś?
- Bałam się.
Patrząc sobie prosto w oczy zbliżyliśmy swoje usta do siebie.
*MIESIĄC
PÓŹNIEJ*
Tak, jesteśmy razem. Wreszcie. Za trzy miesiące rok szkolny się kończy i wtedy zamieszkamy razem. Jak to wygląda? A więc tak – spotykamy się codziennie. Jemu strasznie na mnie zależy. Pokazuje to cały czas. On również jest dla mnie najważniejszy. Nie kłócimy się. Wzajemnie obdarzamy się szacunkiem i miłością. Wspieramy się. Nie wiem, jak mogłam wcześniej żyć bez niego…
Jak to było z akceptacją naszego związku? Różnie… Przyjaciele i rodzina strasznie się cieszyli. Pisma prosiły nas o udzielanie wywiadów, dzięki którym zmieniło się ich nastawienie w stosunku do mnie. Na pozytywne oczywiście. Fanki mojego chłopaka dzielą się na dwie grupy – na te, które uwielbiają KARCO (Kamila +Marco – wymysł fanek J ) oraz na te, które chcą mnie.. zabić? :D
Tak czy inaczej myślę, że już wszystko się w miarę unormowało.
Tego dnia poszłam z Marco na trening.
Rozmawiałam z Jürgenem. Piłkarze ćwiczyli. Po długiej rozgrzewce Klopp zwołał ich do siebie i mnie.
- No dziewczynki! Musimy potrenować zważając na przyszły mecz, który jest bardzo ważny. Odbędzie się on za miesiąc. Długo myślałem nad składem na to wydarzenie. Ustaliłem wyjściową jedynstkę, lecz jeszcze wszystko może ulec zmianie. Bramka – Roman. Obrona – Neven, Marcel i Marian. Skrzydła – Nuri i Seven. Pomoc – Mats i Łukasz. Napastnicy – Kuba i Pierre. Głównym napastnikiem będzie Marco. – skończył.
Wszyscy patrzyli na niego i siebie ze zdziwieniem. Po pierwsze – chyba nigdy nie było takiego ustawienia i nie wiadomo, jak będą się spisywać na danej pozycji piłkarze. Potrzeba więc dużo wyczerpujących treningów. A po drugie…
- A Robert? – spytał Marco.
---------------------------------------
Dobry wieczór Kochane! <3 Kilka spraw:
1. Na potrzebę opowiadania przesunęłam transfer Roberta :(
2. Skład pomieszałam hihi :D
3. Leeewy odchodzi :(
4. Mam zapas rozdziałów :D
Nasz kochany Robert Lewandowski odchodzi :( Strasznie mi z tego powodu przykro i wiele razy płakałam. No, ale cóż. Życzymy mu sukcesów i wszystkiego, co najlepsze! <3 Zawsze będzie dla mnie bohaterem i nigdy nie przestanę mu kibicować ;*
(Dla jasności - wszyscy w opowiadaniu akceptują Jego zmianę klubu :) )
Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego w NOWYM ROKU ! ;**
KOMENTUJCIE :)
sobota, 16 listopada 2013
22. POWRÓT W WIELKIM STYLU
- Jego stan jest stabilny.
Kamień z serca… Postanowiłem przedstawić tę wiadomość
wszystkim. Szybko wróciłem na korytarz. Opowiedziałem im o wszystkim. Łzy nie
zniknęły, ale jednak zamieniły się w łzy szczęścia.
*TRZY TYGODNIE PÓŹNIEJ*
***KAMILA***
Marco wyszedł ze szpitala tydzień temu. Nie uczęszcza na
treningi. Odwiedzam Go bardzo często. Jego mama od czasu, kiedy opuścił szpital
przeprowadziła się do Niego na jakiś czas, aby się Nim zaopiekować. Lubię tę
kobietę. Zdaje się, że ona mnie również. Słowa Marco ‘Kocham Cię, Kamila’
poszły w zapomnienie. Nigdy nie wracaliśmy do tego tematu. Moje uczucie do
Niego z dnia na dzień powiększało się.
*CZTERY TYGODNIE PÓŹNIEJ*
Marco wrócił już do treningów. Czuje się już w pełni sił.
Dziś postanowiłam pójść z nimi na trening. Na SIP przybyli
nowi trenerzy. Chcą tu nabrać wprawy i rozejść się po świecie.
Kiedy chłopaki się już przebrali wyszli na murawę.
- Matko… Za dużo trenerów. Cierpię na za dużo trenerowość! –
wygłupiał się Lewandowski.
- Na za dużą trenerowość to on cierpi… - powiedział Kuba patrząc
na otyłego trenera (odchodząc od opowiadania – ten tekst wymyśliła moje przyjaciółka
– Gabu, podczas wczorajszej fazy w szkole :D Ale ten u góry to już ja xd)
- Hahaha! – wszystkich to rozbawiło.
- Brakuje mi Łukasza w tych przypałach… - westchnęłam.
- Coś mówiłaś?
Odwróciłam się do
tyłu.
- Łukaaaasz! – rzuciłam się mu na szyję.
- Co Ty tu robisz ? – spytał ze smilem Lewy.
- Też się cieszę, że cię widzę – zaśmiał się Łukasz.
- Nie to miałem na myśli xD Cieszę się, że wróciłeś, ale
przecież to za wcześnie na powrót – przybił piątkę z jak zwykle uśmiechniętym
Łukaszem.
- Brakowało mi widoku waszych mord, więc jestem :D
Wszyscy zaczęli się
witać z naszym obrońcą. Kiedy chłopaki rozpoczęli trening, ja i Łukasz udaliśmy
się na trybuny i zaczęliśmy nadrabiać rozmowę. Długo się nie widzieliśmy,
ponieważ Łukasz razem z Ewą i Sarą wyjechali do Polski, do rodziców Piszczka.
Opowiedziałam mu wszystko.
- (…) Brakowało mi Cię – przyznałam.
- Aww *.* Tuuulimyyy ;D – przytulił mnie.
- Kiedy wrócisz do treningów? – spytałam.
- Rozmawiałem z lekarzem i w takich lekkich treningach będę
mógł uczestniczyć już za tydzień – uśmiechnął się.
- Powrót w wielkim stylu :D – powiedziałam.
- No jasne J
Jeżeli chodzi o zwierzanie się lub szukanie porad, to Łukasz
Piszczek i Kuba Błaszczykowski są osobami najbardziej odpowiednimi do
wysłuchania i doradzenia. Za to ich kocham.
Zdawało mi się, że Marco cały czas na nas zerkał. Łukasz też
to zauważył.
- A Ty nadal coś do niego czujesz, no nie? – szturchnął mnie
uśmiechając się.
- Proszę Cię… Ja nigdy do Niego nic nie czułam – skłamałam.
- Kłamczysz młoda! – zaczął mnie łaskotać.
- Przestań! – śmiałam się.
- Ale tylko jak przyznasz, że kochasz Marco! – śmiał się.
- Nigdy!
- Jak wolisz! :D
- Dooobra! Już! Koniec!
- No to czekam!
- Kocham Marco! – wykrzyczałam.
Łukasz momentalnie
przestał mnie łaskotać, a wszyscy z murawy zwrócili wzrok w moją stronę. Nawet
Marco.
- Hahahaha :D Niezręcznieee xD – Łukasz śmiał się jak
opętany. Ta cała sytuacja go strasznie bawiła…
- Idioto… Zapłacisz mi za to! Wszystko przez Ciebie! –
powiedziałam z zaciśniętymi zębami cały czas patrząc na te wszystkie twarze
skierowane w moją stronę.
- Kamila okiełznaj się :D Przecież to jest śmieszne! –
zaczął się jeszcze bardziej śmiać.
- Śmieszny to będzie zaraz odcisk mojego buta na Twojej
mordzie! – wkurzyłam się, ale jednak kiedy chciałam go choćby lekko szturchnąć
on piszczał jak mała dziewczynka, przez co nie mogłam być poważna i za każdym
razem wybuchałam śmiechem…
- Wracamy do treningu! –usłyszałam Jurgena. Jezu! Kocham
tego człowieka! :D
- Jesteś głupi jak but z lewej nogi, Piszczek! –
powiedziałam.
- Drobna uwaga - ale ja bym wolał być prawym… - żartował
sobie ze mnie.
- Ugh… -.-
- Haha ;D – znów ten śmiech…
- Nienawidzę Cię… - burknęłam.
- I tak każdy wie, że mnie kochasz ;*
- Nie wyprowadzaj mnie
z równowagi. – ostrzegłam.
- A, co jeśli wyprowadzę? – zaczął się ze mną drażnić.
- Pogadamy inaczej…
- Chcesz mnie bić?! Oo Matkoo..! Nie przeżyję tego! – zaczął
się śmiać – przecież niedopuszczalne jest to, żeby…
W związku z tym, że zaczął mnie wkurzać, moja ręka odmówiła
mi posłuszeństwa i uderzyła go w nos xD
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Hahaha :D – zaczęłam się śmiać.
- Ty tak potrafisz? O.o
- A chcesz się przekonać o tym drugi raz? – zaśmiałam się.
- Nawet mocną masz tą pięść… - zaczął gładzić się po
czerwonym nosie.
- No to jesteśmy kwita :D
- Ale przecież wiesz, że ja żartowałem! Przecież wiesz, że
cię kocham! – nie mógł się powstrzymać i zaczął się śmiać.
- Dobra… A teraz jak ja to wszystko wytłumaczę Marco? –
zaczęłam się martwić najważniejszym problemem.
- Eee… Powiesz mu prawdę?
- No chyba cię pogięło…
- Czemu nie chcesz wyznać mu swoich uczuć?
- Bo się boję..
- Bo się boję..
- Przecież sama mówiłaś, że w szpitalu powiedział, że Cię
kocha!
- To było siedem tygodni temu!
- I co z tego? Uczucia nie zanikają z dnia na dzień –
powiedział.
W sumie to on ma rację… Zamilkłam.. Patrzyłam jak trenują.
- To jak? Powiesz mu?
- Powiem…
- No wreszcie! A co? – uśmiechnął się.
- Że jesteś mega głupi i kazałeś mi to wykrzyczeć. –
popatrzyłam na niego.
- Nie tak miało być… Zrozum, że widać, jak na siebie
patrzycie, jak zachowujecie się w stosunku do siebie… Każdy wie, że wy coś do
siebie czujecie. Coś więcej.
- Zajmę się tym sama… Dzięki ;)
- Przecież wiesz, że nie ma za co JPo treningu Marco podszedł do mnie. Serce biło mi jak szalone.
- Kamila, czy... - zaczął coś mówić.
- Nie Marco. Łukasz zmusił mnie, żebym to powiedziała. Możesz być spokojny - nic do Ciebie nie czuję ;) - powiedziałam wszystko za pomocą jednego oddechu.
- Chciałem spytać tylko, czy miałabyś ochotę na.... - w pewnym momencie tak jakby zapomniał, co miał powiedzieć - dobra :) Nieważne. Do zobaczenia :)
- Czekaj. Ochotę na co? - spytałam.
- Bardzo się spieszę. Wybacz. Porozmawiamy kiedy indziej :)
Odszedł. Jaka ja byłam głupia... Czemu nie powiedziałam prawdy? Ugh! Po powrocie do domu zamknęłam się w pokoju i zaczęłam słuchać muzyki. Minęło kilka godzin zanim podjęłam odpowiednią decyzję. Powiem mu. Powiem mu o moich uczuciach.
-------------------------------------------
Hej <3 Kolejnego rozdziału możecie się spodziewać już w poniedziałek ;3
Gorąco pozdrawiam ;*
KOMENTUJCIE <3
niedziela, 29 września 2013
21. OSTATNIE SŁOWA?
- Jeśli pojedziesz to możesz już nie wracać, bo wtedy będzie koniec naszego związku. Więc wybieraj - albo ja, albo ten twój Marco.
Popatrzyłam na niego. Po chwili namysłu powiedziałam:
- Dla mnie ważniejszy jest prawdziwy przyjaciel, niż chłopak zapatrzony tylko i wyłącznie w siebie.
Po tych słowach wsiadłam w samochód i odjechałam. Przez całą drogę do Dortmundu płakałam. Bałam się, abym nie dotarła za późno. Nawet nie chcę o tym myśleć!
Dotarłam na miejsce. Pospiesznym ruchem wyszłam z auta. Wbiegłam do szpitala. Wszystkie pielęgniarki mnie ignorowały... Nie mogłam więc spytać, gdzie znajduje się Marco. Postanowiłam szukać 'na własną rękę'. Nie było to trudne, ponieważ w jednym z korytarzy przesiadywała niemalże cała Borussia. Tak- wszystkim łezka kręciła się w oku.
Popatrzyłam na nich.Oni na mnie. W tym momencie popłakałam się jeszcze bardziej. Zobaczyłam te smutne oczy kapitana reprezentacji Polski.Wszyscy płakali, ale jednak on wyglądał najgorzej. Auba mimo tego, że gra w BVB od niedawna, zdążył się przywiązać do Marco.
Obecność jednej osoby na poczekalni zdziwiła mnie najbardziej. Był to Mario Götze. Jego szklane oczy wspominały czasy spędzone u boku swego przyjaciela. Kiedy Mario przeprowadził się do Monachium z Marco nie utrzymywali już takiego dobrego kontaktu, jak dawniej. Spotykali się, ale nie dość często. Jednak swoją obecnością Mario udowodnił ile Marco dla niego znaczy.
Złapałam pierwszego lepszego lekarza.
- Czy mogę wejść? - nawet wtedy nie udało mi się powstrzymać łez.
- Przykro mi, ale nie - powiedział i odszedł obojętnie.
Poczekałam tylko, aż opuści ten korytarz. Ostatni raz spojrzałam na moich przyjaciół. Jednym ruchem otworzyłam drzwi do sali, w której leżał Reus. Już nawet nie próbowałam powstrzymać łez... Wiedziałam, że to bezsensu.
Usiadłam obok niego. Cały czas płakałam. Złapałam go za bladą rękę. On otworzył oczy ostatkiem sił. Zobaczył, że to ja. Lekko się uśmiechnął. Chciałam powiedzieć mu coś ważnego, lecz gula w gardle mi na to nie pozwalała.
On cały czas patrzył na mnie przymrużonymi oczami. Nawet wtedy były piękne. Mimo baku sił - uśmiechał się.
- Kocham Cię, Kamila - wydukał cichuteńko. (wyglądało to tak,jak na obrazku, lecz to on leżał na łożu śmierci ;( )
- Ja Ciebie t... - moje słowa zalane łzami przerwał dźwięk respiratora.
Dłoń Marco zsunęła się z mojej dłoni. Zamknął oczy.
- Aaaa! - zaczęłam piszczeć płacząc.
Czy to już koniec?! Czy on nie żyje?! Nie! To niemożliwe!
- Proszę wyjść! - za ramiona złapała mnie pielęgniarka, która wraz z innymi pielęgniarkami oraz lekarzami wbiegła do sali.
- Nie! Proszę go uratować! On musi żyć! - mimo tego, że pielęgniarka ciągnęła mnie do wyjścia ja cały czas płakałam i spoglądałam na Marco. Nie wiem, czy żywego.
- Proszę wyjść!!! - powtórzyła ostrzej.
Wypchnęła mnie z sali zamykając za sobą drzwi. Wszyscy wstali, kiedy mnie zobaczyli. Ja płacząc zsunęłam się z drzwi popadając w histerię.
Nigdy, ale to nigdy nie czułam takiego bólu. Wszyscy piłkarze mieli ozdobione łzami policzki. Patrzyli w szklaną szybę, w której widzieli, jak lekarze próbują ratować Marco. Ja nadal siedząc i płacząc pod drzwiami nie mogłam zrozumieć tego, czemu tak postąpiłam. Jak? Straciłam tyle czasu na tego idiotę Barthel'a! W głowie huczały mi być może OSTATNIE słowa Marco. ''Kocham Cię, Kamila'...Nie mogłam się od tego uwolnić! To nie daje mi spokoju! Nie mogę uwierzyć, że ostatnio prawie wcale nie rozmawialiśmy! Nie daruję sobie mojego postępowania! On ciągle się mną interesował. Byłam dla niego bardzo bliska! A ja? Dostrzegam to dopiero teraz! Siedząc pod salą, w której on umiera!
- Kamila! Czy on? Czy on nie..? - wydukał Kuba przez wielkie łzy.
Uniosłam lekko głowę do góry. Nie odważyłam się powiedzieć nic. Rozpłakałam się jeszcze bardziej. Wtedy za równo Kuba, jak i wszyscy zrozumieli, że nie jest dobrze.
*JAKIŚ CZAS PÓŹNIEJ*
*Narracja 3-osobowa*
Oczy miała spuchnięte od ciągłego płakania. Cały czas miała w głowie jego głos, jego oczy, jego uśmiech. JEGO. Nie mogła zrozumieć, czemu tak postąpiła.
Siedziała już obok piłkarzy.
Kilka minut później z sali wyszli lekarze i dwie pielęgniarki. Wszyscy wstali. Bez wyjątku. Jednak lekarze przeszli obok nich obojętnie. Co to miało znaczyć?
Robert Lewandowski rzucił szybkie spojrzenie na swoich przyjaciół i bez słowa pognał za lekarzami.
- Przepraszam! - zaczepił jednego z nich.
- Słucham? - odwrócił się.
- Czy mógłby pan mi powiedzieć w jakim stanie jest mój przyjaciel? I czy on w ogóle żyje? - powiedział zdenerwowany.
- Jego stan jest stabilny.
--------------------------------------
Witam Was po dłuuugiej przerwie ;(( <3 Niestety ostatnio miałam bardzo mało czasu ;( Szkoła... No i do tego dochodziły jeszcze sprawy rodzinne i choroba :/ Oj no nieważne.. Same rozumiecie :) <3 Tak czy inaczej nie zapomniałam o Was! <3 Będę starać się dodawać częściej rozdziały, ale nic nie obiecuję ;/
Dostałam ostatnio 'pytanie' na ask'u :) Informowało mnie ono o tym, że przez to, iż nie dodaję często rozdziałów straciłam czytelniczkę... Nie będę się rozpisywać na ten temat. Powiem krótko - jeżeli macie życzenie czytać to, co ja tu piszę to proszę bardzo :) Ja nikogo nie zmuszam. Ale jeśli robicie to na takiej zasadzie, jak tamta osoba to nie czytajcie go wcale. Będzie mniej przykrości :) To chyba zrozumiale, że nie żyję tylko tym blogiem :) Mam też prywatne życie, które ostatnio wymagało więcej czasu :P
W kwestii rozdziału - naciągany ;/
KOCHAM WAS! <3 DZIĘKUJĘ TYM, KTÓRZY SĄ ;3 MIMO, ŻE CZĘSTO NIE DODAJĘ ROZDZIAŁU, CZYTAM WASZE BLOGI ! <3
KOMENTARZE MILE WIDZIANE <3
Popatrzyłam na niego. Po chwili namysłu powiedziałam:
- Dla mnie ważniejszy jest prawdziwy przyjaciel, niż chłopak zapatrzony tylko i wyłącznie w siebie.
Po tych słowach wsiadłam w samochód i odjechałam. Przez całą drogę do Dortmundu płakałam. Bałam się, abym nie dotarła za późno. Nawet nie chcę o tym myśleć!
Dotarłam na miejsce. Pospiesznym ruchem wyszłam z auta. Wbiegłam do szpitala. Wszystkie pielęgniarki mnie ignorowały... Nie mogłam więc spytać, gdzie znajduje się Marco. Postanowiłam szukać 'na własną rękę'. Nie było to trudne, ponieważ w jednym z korytarzy przesiadywała niemalże cała Borussia. Tak- wszystkim łezka kręciła się w oku.
Popatrzyłam na nich.Oni na mnie. W tym momencie popłakałam się jeszcze bardziej. Zobaczyłam te smutne oczy kapitana reprezentacji Polski.Wszyscy płakali, ale jednak on wyglądał najgorzej. Auba mimo tego, że gra w BVB od niedawna, zdążył się przywiązać do Marco.
Obecność jednej osoby na poczekalni zdziwiła mnie najbardziej. Był to Mario Götze. Jego szklane oczy wspominały czasy spędzone u boku swego przyjaciela. Kiedy Mario przeprowadził się do Monachium z Marco nie utrzymywali już takiego dobrego kontaktu, jak dawniej. Spotykali się, ale nie dość często. Jednak swoją obecnością Mario udowodnił ile Marco dla niego znaczy.
Złapałam pierwszego lepszego lekarza.
- Czy mogę wejść? - nawet wtedy nie udało mi się powstrzymać łez.
- Przykro mi, ale nie - powiedział i odszedł obojętnie.
Poczekałam tylko, aż opuści ten korytarz. Ostatni raz spojrzałam na moich przyjaciół. Jednym ruchem otworzyłam drzwi do sali, w której leżał Reus. Już nawet nie próbowałam powstrzymać łez... Wiedziałam, że to bezsensu.
Usiadłam obok niego. Cały czas płakałam. Złapałam go za bladą rękę. On otworzył oczy ostatkiem sił. Zobaczył, że to ja. Lekko się uśmiechnął. Chciałam powiedzieć mu coś ważnego, lecz gula w gardle mi na to nie pozwalała.
On cały czas patrzył na mnie przymrużonymi oczami. Nawet wtedy były piękne. Mimo baku sił - uśmiechał się.
- Kocham Cię, Kamila - wydukał cichuteńko. (wyglądało to tak,jak na obrazku, lecz to on leżał na łożu śmierci ;( )
- Ja Ciebie t... - moje słowa zalane łzami przerwał dźwięk respiratora.
Dłoń Marco zsunęła się z mojej dłoni. Zamknął oczy.
- Aaaa! - zaczęłam piszczeć płacząc.
Czy to już koniec?! Czy on nie żyje?! Nie! To niemożliwe!
- Proszę wyjść! - za ramiona złapała mnie pielęgniarka, która wraz z innymi pielęgniarkami oraz lekarzami wbiegła do sali.
- Nie! Proszę go uratować! On musi żyć! - mimo tego, że pielęgniarka ciągnęła mnie do wyjścia ja cały czas płakałam i spoglądałam na Marco. Nie wiem, czy żywego.
- Proszę wyjść!!! - powtórzyła ostrzej.
Wypchnęła mnie z sali zamykając za sobą drzwi. Wszyscy wstali, kiedy mnie zobaczyli. Ja płacząc zsunęłam się z drzwi popadając w histerię.
Nigdy, ale to nigdy nie czułam takiego bólu. Wszyscy piłkarze mieli ozdobione łzami policzki. Patrzyli w szklaną szybę, w której widzieli, jak lekarze próbują ratować Marco. Ja nadal siedząc i płacząc pod drzwiami nie mogłam zrozumieć tego, czemu tak postąpiłam. Jak? Straciłam tyle czasu na tego idiotę Barthel'a! W głowie huczały mi być może OSTATNIE słowa Marco. ''Kocham Cię, Kamila'...Nie mogłam się od tego uwolnić! To nie daje mi spokoju! Nie mogę uwierzyć, że ostatnio prawie wcale nie rozmawialiśmy! Nie daruję sobie mojego postępowania! On ciągle się mną interesował. Byłam dla niego bardzo bliska! A ja? Dostrzegam to dopiero teraz! Siedząc pod salą, w której on umiera!
- Kamila! Czy on? Czy on nie..? - wydukał Kuba przez wielkie łzy.
Uniosłam lekko głowę do góry. Nie odważyłam się powiedzieć nic. Rozpłakałam się jeszcze bardziej. Wtedy za równo Kuba, jak i wszyscy zrozumieli, że nie jest dobrze.
*JAKIŚ CZAS PÓŹNIEJ*
*Narracja 3-osobowa*
Oczy miała spuchnięte od ciągłego płakania. Cały czas miała w głowie jego głos, jego oczy, jego uśmiech. JEGO. Nie mogła zrozumieć, czemu tak postąpiła.
Siedziała już obok piłkarzy.
Kilka minut później z sali wyszli lekarze i dwie pielęgniarki. Wszyscy wstali. Bez wyjątku. Jednak lekarze przeszli obok nich obojętnie. Co to miało znaczyć?
Robert Lewandowski rzucił szybkie spojrzenie na swoich przyjaciół i bez słowa pognał za lekarzami.
- Przepraszam! - zaczepił jednego z nich.
- Słucham? - odwrócił się.
- Czy mógłby pan mi powiedzieć w jakim stanie jest mój przyjaciel? I czy on w ogóle żyje? - powiedział zdenerwowany.
- Jego stan jest stabilny.
--------------------------------------
Witam Was po dłuuugiej przerwie ;(( <3 Niestety ostatnio miałam bardzo mało czasu ;( Szkoła... No i do tego dochodziły jeszcze sprawy rodzinne i choroba :/ Oj no nieważne.. Same rozumiecie :) <3 Tak czy inaczej nie zapomniałam o Was! <3 Będę starać się dodawać częściej rozdziały, ale nic nie obiecuję ;/
Dostałam ostatnio 'pytanie' na ask'u :) Informowało mnie ono o tym, że przez to, iż nie dodaję często rozdziałów straciłam czytelniczkę... Nie będę się rozpisywać na ten temat. Powiem krótko - jeżeli macie życzenie czytać to, co ja tu piszę to proszę bardzo :) Ja nikogo nie zmuszam. Ale jeśli robicie to na takiej zasadzie, jak tamta osoba to nie czytajcie go wcale. Będzie mniej przykrości :) To chyba zrozumiale, że nie żyję tylko tym blogiem :) Mam też prywatne życie, które ostatnio wymagało więcej czasu :P
W kwestii rozdziału - naciągany ;/
KOCHAM WAS! <3 DZIĘKUJĘ TYM, KTÓRZY SĄ ;3 MIMO, ŻE CZĘSTO NIE DODAJĘ ROZDZIAŁU, CZYTAM WASZE BLOGI ! <3
KOMENTARZE MILE WIDZIANE <3
09:17
niedziela, 1 września 2013
20. WARUNEK
- Jedziemy? - spytał.
- Jedziemy :)
Wyszliśmy z domu. Wsiedliśmy do auta. Do rodzinnej wsi Barthela jechało się około dwie godziny. Przez całą drogę, którą dotychczas przebyliśmy niemalże milczeliśmy. Ja zapatrzona w szybę myślałam tylko o Marco. Czułam się okropnie z myślą, że go nie odwiedziłam... Niby jestem jego przyjaciółką, a nie wiem nawet jak się czuje... Bez sensu! Gdyby tylko odebrał ten telefon... Z pewnością bym tam teraz była!
- O czym tak myślisz? - spytał Barthel prowadząc samochód.
- O niczym - sztucznie się uśmiechnęłam.
- Przecież widzę - postawił na swoje.
- Po prostu bardzo się cieszę, że będziemy bawić się razem z twoimi rodzicami przez calutki weekend :)
- Kocham Cię ;* - pocałował mnie.
- Ja Ciebie też - uśmiechnęłam się.
Po wypowiedzeniu tych słów poczułam dziwne ukucie w środku... Czułam się fałszywie... Nie byłam pewna swoich słów. Nie płynęły one prosto z serca, jak kiedyś... To pewnie tylko przejściowe! Każdy związek to przeżywa. Tak, jestem tego pewna :)
Jakiś czas potem dotarliśmy na miejsce. Na miejscu rodzice Barthela przywitali nas cieplutko. Znali mnie. Nie przyjechałam tu po raz pierwszy. Myślę, że mnie nawet lubią. To bardzo ważne dla mnie. Bowiem będzie potrzebne to mi i Barthelowi podczas naszych przyszłych relacji. Wsparcie rodziny w naszym związku jest potrzebne.
Po przyjeździe i przywitaniu mama Barthela strasznie się cieszyła.
- Wchodźcie na obiad dzieci! - zaprosiła szczerym uśmiechem pani Cleo.
- Piękna z was para - wtrącił zafascynowany pan Julian.
- Dziękujemy - uśmiechnęłam się.
Weszliśmy do środka. Przy stole siedziało już rodzeństwo Barthela. Pochodził z dużej rodziny. Ma dwie starsze siostry (bliźniaczki) - Tinę i Loren (22 l.); siostrę (15 l.) - Clementine; 8 - letniego brata - Mitchela oraz Mariln, Ryan, Olla i Xenogene. Czwórka ostatnich dzieci (dwie dziewczynki i dwóch chłopców) to dzieci zmarłej siostry mamy Barthela. Ojciec ich opuścił. Matka została postrzelona w pracy. Marlin ma 15 lat, Ryan 11, Olla 4, a Xenogene 2. Pani Holly (mama dzieci) zmarła, gdy Xenegoene miał zaledwie pół roczku. Ojciec opuścił ich, kiedy dowiedział się, że jego żona jest w ciąży po raz czwarty. Zrezygnowani rodzice Barthela zaadoptowali czwórkę dzieci. Wszystkich ich znam ;)
Kiedy weszłam do jadalni, cała ósemka spojrzała na mnie. Z wszystkimi miałam dobry kontakt, lecz najlepszy dzierżyłam z małą Ollą.
Kiedy dziewczynka mnie ujrzała, momentalnie - bez słowa, zerwała się z krzesła i przybiegła do mnie wyciągając rączki, które miały oznaczać to, że chce, abym wzięła ją na ręce. Olla jest śliczną dziewczynką <3 Jej wygląd od razu przyciąga wzrok.
- Hej, Maleńka - pocałowałam ją w czółko, kiedy wskoczyła mi na ręce.
- Czemu tak długo cie nie było? - spytała półdziecięcą mową.
- Miałam dużo spraw na głowie - uśmiechnęłam się.
- Ale teraz już nie masz - stwierdziła.
- Skąd wiesz? :)
- Bo widze - spojrzała na moją głowę.
- Hahaha! ;D Uwielbiam Cię, Perełko <3
Zasiedliśmy do stołu. Przywitałam się z resztą dzieci. Tina długo z nami nie posiedziała... Jej narzeczony przyjechał i zabrał do siebie. Loren porozmawiała ze mną chwilkę i pojechała odebrać swoje dziecko od niani. Niedawno wróciła z pracy i nie zdążyła tego zrobić. Musiała pomóc mamie Barthela przy obiedzie. Loren nie mieszka z rodzicami. Mieszka w Frankfurcie oddalonym od tej wsi o 20 kilometrów, wraz ze swoim mężem i synkiem.
Moją uwagę przyciągnęły Clementine i Mariln. Obydwie mają po piętnaście lat. Jednak bardzo zmieniły się od mojej ostatniej wizyty. Wtedy były poważne. Teraz strasznie się rozbrykały. Może to przez ten wiek? Buzie im się nie zamykają ;D
Mitchel i Ryan snuli jakieś plany włamania do pokoju Tiny :D
Xenogene, który jeszcze nie potrafił chodzić, zasnął na rękach mojego chłopaka :)
Olla, zaś cały czas siedziała na moich kolanach opowiadając mi jakieś niestworzone historyjki <3
Po obiedzie pomogłam sprzątać pani Cleo. Myłyśmy naczynia. Barthel siedział obok. Nagle usłyszałam dźwięk mojego telefonu.
- Przepraszam. Musze odebrać - powiedziałam wycierając ręce.
- Jasne - uśmiechnęła się mama Barthela.
Spojrzałam na wyświetlacz. Auba! Wyszłam z kuchni. Zamknęłam się w toalecie - tylko tam nie było dzieci.
***
- Auba, czemu nie odbie...
- Marco jest w ciężkim stanie - przerwał.
- Przestań żartować!
- Wcale nie żartuję. Radzę Ci teraz przyjechać, bo potem może być już za późno - kiedy usłyszałam jak łamie mu się głos zrozumiałam, że to nie żarty...
- Podaj mi adres!
- (...)
- Będę za kilka godzin!
- Czemu dopiero za kilka godzin?
- Jestem na wsi... Kończę. Widzimy się za kilka godzin - powiedziałam z wielką gulą w gardle.
- Nie płacz - poznał to po moim głosie.
***
Zdezorientowana opuściłam łazienkę. Szybko udałam się do kuchni. Spojrzeli na moje szklane oczy. Mama Barthela otwierała już buzię, aby coś powiedzieć. Ja jednak ją uprzedziłam.
- Mój przyjaciel jest w ciężkim stanie - wydukałam. Poczułam, że łza spłynęła po moim policzku.
- Ten Marco? - spytał.
- Tak mi przykro - mama Barthela przytuliła.
- Muszę wrócić do Dortmundu - powiedziałam, kiedy wyrwałam się z jej objęć.
- Nie pozwalam ci - powiedział Barthel.
- Nie mam wyjścia - spojrzałam na niego i wybiegłam z domu.
Barthel szybko za mną pobiegł.
- Pojedziesz tam?
- Tak.
- Nie możesz!
- No to patrz! - ruszyłam w stronę samochodu (był to mój samochód. Barthel ma własny, ale oddał go do naprawy. Przyjechaliśmy tu moim.)
Kiedy otwierałam drzwi od auta, Barthel złapał mnie za rękę.
- Jeśli pojedziesz, możesz tu już nie wracać. Bo wtedy będzie koniec naszego związku. Więc wybieraj - albo ja, albo ten Marco .
-------------------------------------
Siemka! ;D Mam dziś dobry humor ;3 Dziś mecz BVB! Oglądam Go z moją przyjaciółką, a Wy? <3 Jutro szkoła ;(( Ehh.. No cóż :/ W następnym rozdziale dowiecie się, co postanowiła Kamila :)
UWAGA!!!
Nie dodam kolejnego rozdziału, jeśli pod tym postem nie pojawi się co najmniej 6 komentarzy! Podczas mojej nieobecności wyświetlalność tego bloga spadła. Nie komentujecie tak dobrze, jak kiedyś i nie wiem czy będzie sens prowadzenia tego bloga dalej ;(( Przyszłość dalszych losów Kamili, Marco i Barthela zależy od Was, ponieważ Wasze komentarze motywują mnie do działania, a ich brak? No niestety... Nasuwa mi na myśl wiele nieprzyjemnych wniosków :/
Tak czy inaczej - Kocham Was <3 ;D
Pozdrawiam - Emila Reus <3
JEŚLI JUŻ POFATYGOWAŁEŚ SIĘ, ABY TU WEJŚĆ - ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD W POSTACI KOMENTARZA :)
- Jedziemy :)
Wyszliśmy z domu. Wsiedliśmy do auta. Do rodzinnej wsi Barthela jechało się około dwie godziny. Przez całą drogę, którą dotychczas przebyliśmy niemalże milczeliśmy. Ja zapatrzona w szybę myślałam tylko o Marco. Czułam się okropnie z myślą, że go nie odwiedziłam... Niby jestem jego przyjaciółką, a nie wiem nawet jak się czuje... Bez sensu! Gdyby tylko odebrał ten telefon... Z pewnością bym tam teraz była!
- O czym tak myślisz? - spytał Barthel prowadząc samochód.
- O niczym - sztucznie się uśmiechnęłam.
- Przecież widzę - postawił na swoje.
- Po prostu bardzo się cieszę, że będziemy bawić się razem z twoimi rodzicami przez calutki weekend :)
- Kocham Cię ;* - pocałował mnie.
- Ja Ciebie też - uśmiechnęłam się.
Po wypowiedzeniu tych słów poczułam dziwne ukucie w środku... Czułam się fałszywie... Nie byłam pewna swoich słów. Nie płynęły one prosto z serca, jak kiedyś... To pewnie tylko przejściowe! Każdy związek to przeżywa. Tak, jestem tego pewna :)
Jakiś czas potem dotarliśmy na miejsce. Na miejscu rodzice Barthela przywitali nas cieplutko. Znali mnie. Nie przyjechałam tu po raz pierwszy. Myślę, że mnie nawet lubią. To bardzo ważne dla mnie. Bowiem będzie potrzebne to mi i Barthelowi podczas naszych przyszłych relacji. Wsparcie rodziny w naszym związku jest potrzebne.
Po przyjeździe i przywitaniu mama Barthela strasznie się cieszyła.
- Wchodźcie na obiad dzieci! - zaprosiła szczerym uśmiechem pani Cleo.
- Piękna z was para - wtrącił zafascynowany pan Julian.
- Dziękujemy - uśmiechnęłam się.
Weszliśmy do środka. Przy stole siedziało już rodzeństwo Barthela. Pochodził z dużej rodziny. Ma dwie starsze siostry (bliźniaczki) - Tinę i Loren (22 l.); siostrę (15 l.) - Clementine; 8 - letniego brata - Mitchela oraz Mariln, Ryan, Olla i Xenogene. Czwórka ostatnich dzieci (dwie dziewczynki i dwóch chłopców) to dzieci zmarłej siostry mamy Barthela. Ojciec ich opuścił. Matka została postrzelona w pracy. Marlin ma 15 lat, Ryan 11, Olla 4, a Xenogene 2. Pani Holly (mama dzieci) zmarła, gdy Xenegoene miał zaledwie pół roczku. Ojciec opuścił ich, kiedy dowiedział się, że jego żona jest w ciąży po raz czwarty. Zrezygnowani rodzice Barthela zaadoptowali czwórkę dzieci. Wszystkich ich znam ;)
Kiedy weszłam do jadalni, cała ósemka spojrzała na mnie. Z wszystkimi miałam dobry kontakt, lecz najlepszy dzierżyłam z małą Ollą.
Kiedy dziewczynka mnie ujrzała, momentalnie - bez słowa, zerwała się z krzesła i przybiegła do mnie wyciągając rączki, które miały oznaczać to, że chce, abym wzięła ją na ręce. Olla jest śliczną dziewczynką <3 Jej wygląd od razu przyciąga wzrok.
- Hej, Maleńka - pocałowałam ją w czółko, kiedy wskoczyła mi na ręce.
- Czemu tak długo cie nie było? - spytała półdziecięcą mową.
- Miałam dużo spraw na głowie - uśmiechnęłam się.
- Ale teraz już nie masz - stwierdziła.
- Skąd wiesz? :)
- Bo widze - spojrzała na moją głowę.
- Hahaha! ;D Uwielbiam Cię, Perełko <3
Zasiedliśmy do stołu. Przywitałam się z resztą dzieci. Tina długo z nami nie posiedziała... Jej narzeczony przyjechał i zabrał do siebie. Loren porozmawiała ze mną chwilkę i pojechała odebrać swoje dziecko od niani. Niedawno wróciła z pracy i nie zdążyła tego zrobić. Musiała pomóc mamie Barthela przy obiedzie. Loren nie mieszka z rodzicami. Mieszka w Frankfurcie oddalonym od tej wsi o 20 kilometrów, wraz ze swoim mężem i synkiem.
Moją uwagę przyciągnęły Clementine i Mariln. Obydwie mają po piętnaście lat. Jednak bardzo zmieniły się od mojej ostatniej wizyty. Wtedy były poważne. Teraz strasznie się rozbrykały. Może to przez ten wiek? Buzie im się nie zamykają ;D
Mitchel i Ryan snuli jakieś plany włamania do pokoju Tiny :D
Xenogene, który jeszcze nie potrafił chodzić, zasnął na rękach mojego chłopaka :)
Olla, zaś cały czas siedziała na moich kolanach opowiadając mi jakieś niestworzone historyjki <3
Po obiedzie pomogłam sprzątać pani Cleo. Myłyśmy naczynia. Barthel siedział obok. Nagle usłyszałam dźwięk mojego telefonu.
- Przepraszam. Musze odebrać - powiedziałam wycierając ręce.
- Jasne - uśmiechnęła się mama Barthela.
Spojrzałam na wyświetlacz. Auba! Wyszłam z kuchni. Zamknęłam się w toalecie - tylko tam nie było dzieci.
***
- Auba, czemu nie odbie...
- Marco jest w ciężkim stanie - przerwał.
- Przestań żartować!
- Wcale nie żartuję. Radzę Ci teraz przyjechać, bo potem może być już za późno - kiedy usłyszałam jak łamie mu się głos zrozumiałam, że to nie żarty...
- Podaj mi adres!
- (...)
- Będę za kilka godzin!
- Czemu dopiero za kilka godzin?
- Jestem na wsi... Kończę. Widzimy się za kilka godzin - powiedziałam z wielką gulą w gardle.
- Nie płacz - poznał to po moim głosie.
***
Zdezorientowana opuściłam łazienkę. Szybko udałam się do kuchni. Spojrzeli na moje szklane oczy. Mama Barthela otwierała już buzię, aby coś powiedzieć. Ja jednak ją uprzedziłam.
- Mój przyjaciel jest w ciężkim stanie - wydukałam. Poczułam, że łza spłynęła po moim policzku.
- Ten Marco? - spytał.
- Tak mi przykro - mama Barthela przytuliła.
- Muszę wrócić do Dortmundu - powiedziałam, kiedy wyrwałam się z jej objęć.
- Nie pozwalam ci - powiedział Barthel.
- Nie mam wyjścia - spojrzałam na niego i wybiegłam z domu.
Barthel szybko za mną pobiegł.
- Pojedziesz tam?
- Tak.
- Nie możesz!
- No to patrz! - ruszyłam w stronę samochodu (był to mój samochód. Barthel ma własny, ale oddał go do naprawy. Przyjechaliśmy tu moim.)
Kiedy otwierałam drzwi od auta, Barthel złapał mnie za rękę.
- Jeśli pojedziesz, możesz tu już nie wracać. Bo wtedy będzie koniec naszego związku. Więc wybieraj - albo ja, albo ten Marco .
-------------------------------------
Siemka! ;D Mam dziś dobry humor ;3 Dziś mecz BVB! Oglądam Go z moją przyjaciółką, a Wy? <3 Jutro szkoła ;(( Ehh.. No cóż :/ W następnym rozdziale dowiecie się, co postanowiła Kamila :)
UWAGA!!!
Nie dodam kolejnego rozdziału, jeśli pod tym postem nie pojawi się co najmniej 6 komentarzy! Podczas mojej nieobecności wyświetlalność tego bloga spadła. Nie komentujecie tak dobrze, jak kiedyś i nie wiem czy będzie sens prowadzenia tego bloga dalej ;(( Przyszłość dalszych losów Kamili, Marco i Barthela zależy od Was, ponieważ Wasze komentarze motywują mnie do działania, a ich brak? No niestety... Nasuwa mi na myśl wiele nieprzyjemnych wniosków :/
Tak czy inaczej - Kocham Was <3 ;D
Pozdrawiam - Emila Reus <3
JEŚLI JUŻ POFATYGOWAŁEŚ SIĘ, ABY TU WEJŚĆ - ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD W POSTACI KOMENTARZA :)
sobota, 31 sierpnia 2013
19. ''PREPROSINY''
*KAMILA*
- Co robisz? – uśmiechnęłam się zaglądając w ‘’robótki’’ mojego chłopaka.
- Niespodziankę – pocałował mnie <3
- Nie powiesz mi?
- Eee… Nie ;D
- No dobra – uśmiechnęłam się – poczekam.
Barthel znów powrócił do pracy. Ja oparta o blat niby przyglądałam się temu, co robi Barthel, a jednak myślałam o Marco. Kiedy trafił do szpitala nawet go nie odwiedziłam… Byłam pochłonięta nauką… Głupio mi. Dlatego zamierzam dziś go odwiedzić.
- O czym tak myślisz? – spytał uśmiechnięty Barthel.
- Bo wiesz… Mój przyjaciel – Marco trafił do szpitala kilka dni temu… Głupio mi, bo go nawet nie odwiedziłam. Dziś do mnie zadzwonił. Myślę, że powinnam pójść do szpitala dziś. – wyjaśniłam.
- Nie możesz – powiedział.
- Czemu? – popatrzyłam na niego.
- Dziś jedziemy do moich rodziców na wieś. Zapomniałaś?
- No tak… Dziś piątek… Cholera! Nie możemy tego przesunąć?
- Mama strasznie się nastawiła na nasz przyjazd – powiedział nie przerywając pracy.
- Ale mi strasznie zależy na tym, żeby go odwiedzić…
- Niedługo wyjdzie ze szpitala. Z pewnością nie potrzebuje tam twojej obecności. Są przy nim przyjaciele i pewnie rodzina – powiedział.
- Ja też się z nim przyjaźnię – wtrąciłam.
- Więc skoro się przyjaźnicie, on powinien zrozumieć to, że miałaś ważniejsze sprawy na głowie, niż jakieś odwiedziny w szpitalu…
- To nie są ‘jakieś odwiedziny w szpitalu’… Martwię się o niego.
- Przestań…
- Czemu nie potrafisz zrozumieć tego, że strasznie mi zależy na tym, aby go odwiedzić?! – poniosło mnie i krzyknęłam.
- Bo ty nie potrafisz zrozumieć tego, że mi zależy na odwiedzeniu rodziców! Rodzina jest chyba ważniejsza od przyjaciela!
- Marco jest częścią mojej rodziny – spojrzałam mu prosto w oczy i chwilę potem wyszłam z kuchni.
To karygodne, że on nie potrafi mnie zrozumieć! Skoro jest moim chłopakiem, powinien rozumieć mnie jak nikt inny… Tym czasem jest inaczej… Udałam się do garderoby. Postanowiłam się przebrać i wyjść na jakiś samotny spacer… Ostatecznie ubrałam to. Nic nie mówiąc Barthelowi wyszłam z domu. Chłodny wiatr kołysał drzewa. Jesień. Deszczowe chmury wisiały w powietrzu.
Moim celem było jedno miejsce. Strasznie kochałam tam przebywać. Dawno tam nie byłam... Ostatni raz - w lato, kiedy byłam bliżej Marco. Dotarłam. Zawsze kiedy patrzę na to miejsce przypominają mi się chwile spędzone z Marco. Zaczyna mi tego brakować. Zawsze byliśmy tu razem. To właśnie jest to nasze ulubione miejsce w Dortmundzie.
Stanęłam na moście. Patrzyłam w wodę. Coraz bardziej odczuwałam brak obecności Marco. Jedna łza, której nie byłam w stanie zatrzymać spłynęła po moim policzku. Może to z tęsknoty? Szybko ją otarłam. Nagle uświadomiłam sobie, że w tym momencie mogłabym być przy Marco. Uśmiech sam pojawił się na mojej twarzy. Postanowiłam to zrobić. Niestety moją radość szybko przewiała świadomość, że nie wiem, w którym szpitalu leży mój przyjaciel. Zsunęłam się i oparta o barierkę usiadłam tyłem do wody. Postanowiłam zatelefonować do Marco. Wybrałam numer. Niestety nie odbierał. Potem wybrałam numer Pierre'ego. Także brak odpowiedzi. Po kilku nieudanych próbach dałam sobie spokój. Zrezygnowana zapatrzyłam się w niebo. Miało typowy, jesienny wygląd. Moje przemyślenia przerwał telefon. Przez chwilę, zanim spojrzałam na wyświetlacz miała nadzieje, że to Marco, bądź Pierre. Niestety, myliłam się. To Barthel.
***
- Tak? - powiedziałam z nadzieją, że nie pozna drżenia mojego głosu.
- Kamila... Chciałem Cię przeprosić. Źle postąpiłem. Przepraszam.
- Nie szkodzi... Ja też chciałam przeprosić... - wyznałam.
- Kocham Cię, Kami <3
- Ja Ciebie też - odpowiedziałam.
- Gdzie jesteś?
- Już wracam - powstałam i ruszyłam w drogę powrotną.
- To świetnie. Ile zajmie Ci droga powrotna? Mama pyta, kiedy wyjedziemy.
- Kilkanaście minut - powiedziałam.
- No wiec czekam - powiedział.
- Dobrze :)
***
Owszem, chcę odwiedzić Marco, ale skoro on nie odbiera i nie wiem, gdzie jest, co mam robić? Pojadę razem z Barthelem. Co prawda, może chamsko zachował się, ponieważ tak jakby mi rozkazał, że mam z nim pojechać, ale i tak go kocham <3 Po za tym - nabrałam chęci, aby odwiedzić rodziców Barthela.
Doszłam do domu. Unosiła się tam woń świeżej szarlotki.
- Jestem! - oznajmiłam.
- Chodź. pomożesz mi - usłyszałam miły głos Barthela.
- Idę - z uśmiechem weszłam do kuchni.
- Zapakuj proszę ciasto do tego pojemnika - dał mi naczynie.
- Okej - zrobiłam, co mi kazał.
Kiedy skończyliśmy byliśmy gotowi do drogi.
- Jedziemy? - spytał.
- Jedziemy :)
----------------------
Witam <3 Znów troszkę namieszałam :)) Informuję Was, że postać Barthela zostałą dodana do zakładki 'BOHATERZY ;)' (Zdjęcie przypadkowe ;p)
SPRAWA!
Bardzo długo nie było mnie na bloggerze ;c Teraz staram się nadrabiać tę nieobecność :) Jednakże przez te kilka miesięcy nieobecności, wyświetlenia na moim blogu były dostosowane do dodawania moich rozdziałów (a, jak każdy wie - rzadko kiedy dodawałam ;( ) Tak więc mam do Was ogromną prośbę! Czy moglibyście/mogłybyście zareklamować mojego bloga? Będę wdzięczna <3
POZDRAWIAM ~ Emila Reus ;3
ZACHĘCAM DO KOMENTOWANIA I OBSERWOWANIA <3
Postanowiłam, że odwiedzę dziś Marco. Głupio by było tego nie zrobić… Przecież się przyjaźnimy. Kiedy wróciłam ze szkoły udałam się do sklepu. Chciałam kupić mu co nie co, bo dobrze wiem, że on strasznie nie lubi szpitalnego jedzenia J Kupiłam kilka produktów. Wróciłam do domu. A no właśnie… Odkąd jestem z Barthelem mieszkamy razem. To nas do siebie zbliżyło. Co na to Agata i Kuba? Praktycznie nic… Widują mnie niemalże codziennie więc są spokojni.
Otworzyłam drzwi. Bartel urzędował w kuchni.
- Hej – odezwałam się ściągając kurtkę i buty.
- Hej – odpowiedział z kuchni.
Weszłam dalej.
- Hej – odpowiedział z kuchni.
Weszłam dalej.
- Co robisz? – uśmiechnęłam się zaglądając w ‘’robótki’’ mojego chłopaka.
- Niespodziankę – pocałował mnie <3
- Nie powiesz mi?
- Eee… Nie ;D
- No dobra – uśmiechnęłam się – poczekam.
Barthel znów powrócił do pracy. Ja oparta o blat niby przyglądałam się temu, co robi Barthel, a jednak myślałam o Marco. Kiedy trafił do szpitala nawet go nie odwiedziłam… Byłam pochłonięta nauką… Głupio mi. Dlatego zamierzam dziś go odwiedzić.
- O czym tak myślisz? – spytał uśmiechnięty Barthel.
- Bo wiesz… Mój przyjaciel – Marco trafił do szpitala kilka dni temu… Głupio mi, bo go nawet nie odwiedziłam. Dziś do mnie zadzwonił. Myślę, że powinnam pójść do szpitala dziś. – wyjaśniłam.
- Nie możesz – powiedział.
- Czemu? – popatrzyłam na niego.
- Dziś jedziemy do moich rodziców na wieś. Zapomniałaś?
- No tak… Dziś piątek… Cholera! Nie możemy tego przesunąć?
- Mama strasznie się nastawiła na nasz przyjazd – powiedział nie przerywając pracy.
- Ale mi strasznie zależy na tym, żeby go odwiedzić…
- Niedługo wyjdzie ze szpitala. Z pewnością nie potrzebuje tam twojej obecności. Są przy nim przyjaciele i pewnie rodzina – powiedział.
- Ja też się z nim przyjaźnię – wtrąciłam.
- Więc skoro się przyjaźnicie, on powinien zrozumieć to, że miałaś ważniejsze sprawy na głowie, niż jakieś odwiedziny w szpitalu…
- To nie są ‘jakieś odwiedziny w szpitalu’… Martwię się o niego.
- Przestań…
- Czemu nie potrafisz zrozumieć tego, że strasznie mi zależy na tym, aby go odwiedzić?! – poniosło mnie i krzyknęłam.
- Bo ty nie potrafisz zrozumieć tego, że mi zależy na odwiedzeniu rodziców! Rodzina jest chyba ważniejsza od przyjaciela!
- Marco jest częścią mojej rodziny – spojrzałam mu prosto w oczy i chwilę potem wyszłam z kuchni.
To karygodne, że on nie potrafi mnie zrozumieć! Skoro jest moim chłopakiem, powinien rozumieć mnie jak nikt inny… Tym czasem jest inaczej… Udałam się do garderoby. Postanowiłam się przebrać i wyjść na jakiś samotny spacer… Ostatecznie ubrałam to. Nic nie mówiąc Barthelowi wyszłam z domu. Chłodny wiatr kołysał drzewa. Jesień. Deszczowe chmury wisiały w powietrzu.
Moim celem było jedno miejsce. Strasznie kochałam tam przebywać. Dawno tam nie byłam... Ostatni raz - w lato, kiedy byłam bliżej Marco. Dotarłam. Zawsze kiedy patrzę na to miejsce przypominają mi się chwile spędzone z Marco. Zaczyna mi tego brakować. Zawsze byliśmy tu razem. To właśnie jest to nasze ulubione miejsce w Dortmundzie.
Stanęłam na moście. Patrzyłam w wodę. Coraz bardziej odczuwałam brak obecności Marco. Jedna łza, której nie byłam w stanie zatrzymać spłynęła po moim policzku. Może to z tęsknoty? Szybko ją otarłam. Nagle uświadomiłam sobie, że w tym momencie mogłabym być przy Marco. Uśmiech sam pojawił się na mojej twarzy. Postanowiłam to zrobić. Niestety moją radość szybko przewiała świadomość, że nie wiem, w którym szpitalu leży mój przyjaciel. Zsunęłam się i oparta o barierkę usiadłam tyłem do wody. Postanowiłam zatelefonować do Marco. Wybrałam numer. Niestety nie odbierał. Potem wybrałam numer Pierre'ego. Także brak odpowiedzi. Po kilku nieudanych próbach dałam sobie spokój. Zrezygnowana zapatrzyłam się w niebo. Miało typowy, jesienny wygląd. Moje przemyślenia przerwał telefon. Przez chwilę, zanim spojrzałam na wyświetlacz miała nadzieje, że to Marco, bądź Pierre. Niestety, myliłam się. To Barthel.
***
- Tak? - powiedziałam z nadzieją, że nie pozna drżenia mojego głosu.
- Kamila... Chciałem Cię przeprosić. Źle postąpiłem. Przepraszam.
- Nie szkodzi... Ja też chciałam przeprosić... - wyznałam.
- Kocham Cię, Kami <3
- Ja Ciebie też - odpowiedziałam.
- Gdzie jesteś?
- Już wracam - powstałam i ruszyłam w drogę powrotną.
- To świetnie. Ile zajmie Ci droga powrotna? Mama pyta, kiedy wyjedziemy.
- Kilkanaście minut - powiedziałam.
- No wiec czekam - powiedział.
- Dobrze :)
***
Owszem, chcę odwiedzić Marco, ale skoro on nie odbiera i nie wiem, gdzie jest, co mam robić? Pojadę razem z Barthelem. Co prawda, może chamsko zachował się, ponieważ tak jakby mi rozkazał, że mam z nim pojechać, ale i tak go kocham <3 Po za tym - nabrałam chęci, aby odwiedzić rodziców Barthela.
Doszłam do domu. Unosiła się tam woń świeżej szarlotki.
- Jestem! - oznajmiłam.
- Chodź. pomożesz mi - usłyszałam miły głos Barthela.
- Idę - z uśmiechem weszłam do kuchni.
- Zapakuj proszę ciasto do tego pojemnika - dał mi naczynie.
- Okej - zrobiłam, co mi kazał.
Kiedy skończyliśmy byliśmy gotowi do drogi.
- Jedziemy? - spytał.
- Jedziemy :)
----------------------
Witam <3 Znów troszkę namieszałam :)) Informuję Was, że postać Barthela zostałą dodana do zakładki 'BOHATERZY ;)' (Zdjęcie przypadkowe ;p)
SPRAWA!
Bardzo długo nie było mnie na bloggerze ;c Teraz staram się nadrabiać tę nieobecność :) Jednakże przez te kilka miesięcy nieobecności, wyświetlenia na moim blogu były dostosowane do dodawania moich rozdziałów (a, jak każdy wie - rzadko kiedy dodawałam ;( ) Tak więc mam do Was ogromną prośbę! Czy moglibyście/mogłybyście zareklamować mojego bloga? Będę wdzięczna <3
POZDRAWIAM ~ Emila Reus ;3
ZACHĘCAM DO KOMENTOWANIA I OBSERWOWANIA <3
piątek, 30 sierpnia 2013
18. "Houston mamy problem!''
- Rozumiem. Dziękuję - powiedziałem.
Lekarz poszedł do innych pacjentów. Ja opadłem na siedzenie. Stwierdziłem, że jednak powiadomię Agatę i Kubę. Za pomocą telefonu napisałem sms'a do Kuby.
*Kamila jest w szpitalu. Nie martwcie się. Cały czas przy niej jestem*
Za zaledwie kilka sekund usłyszałem dzwonek mojego telefonu.
***
- Halo?
- Marco! Który to szpital?!
- Kuba! Uspokój się. Przecież słychać po głosie, że jesteś strasznie zmęczony! I tak i tak teraz jest nieprzytomna, więc nie ma sensu, żebyście się błąkali po nocy...
- Nie ma mowy!
- Obiecuję, że gdy będzie coś wiadomo od razy dam wam znać. Teraz nawet z lekarzem spokojnie nie pogadasz.
- Ale wszystko z nią w porządku? - powiedział już spokojniej.
- Tak...
- Ale z samego rana przyjeżdżamy!
- Dobrze.
- Informuj nas na bieżąco.
- Zrozumiałem, a teraz śpij spokojnie.
Kuba się rozłączył. Strasznie się martwił od samego początku. Jednak jedno nie dawało mi spokoju... Kim byli ci mężczyźni? Domyślam się, że jeden z nich to na pewno ten Barthel... Od samego początku mi się nie podobał!
Postanowiłem wejść do Kamili. Wiem, że jest nieprzytomna, ale to nic. Poprosiłem przechodzącą pielęgniarkę o pozwolenie. Na całe szczęście je otrzymałem.
Spokojnie otworzyłem drzwi. Nagle cały obraz mi się rozmazał. Głosy dochodzące z korytarza jakby się oddalały. Przede mną rozprzestrzeniała się gęsta mgła.
*************
- Marco?
- C.. co? - wydukałem.
- Zerwałeś się, jak po jakimś horrorze! - śmiał się Aubameyang.
- Co ty mówisz?! - nic nie rozumiałem.
- Nie wiem o co ci chodzi :D
- Kamila! Przecież ona jest w szpitalu!
- Eee.. xD To Ty jesteś w szpitalu - wyjaśnił.
- Co?!
- Nie pamiętasz?
- Nie?
- No to ja Ci przypomnę - uśmiechnął się Pierre.
- Słucham.
- Zacznijmy od początku... Jutro gramy mecz. Ważny mecz. Kilka dni temu trenowaliśmy. Wszyscy strasznie się starali. Niestety treningowi sprzyjała wysoka temperatura. No i ty poległeś...
- Nie rozumiem...
- Zasłabłeś! I zapadłeś w taką krótką śpiączkę...
- O cholera... Ej.. a Kamila? Znaleźliście ją?
- Po co mieliśmy jej szukać? Chodzi do liceum. Dobrze sobie radzi.
- Czyli... Nie! Niemożliwe! Przecież ten las... Kamila...
- No! Musiałeś się nieźle narąbać tą narkozą! ;D - zaśmiał się.
- Weź...
- Ułóż to sobie w głowie, a ja pójdę po lekarza - uśmiechnął się i wyszedł.
- Żeby to jeszcze było takie proste... - burknąłem pod nosem.
Jedynym rozwiązaniem tej sprawy był telefon do Kamili. Wyciągnąłem rękę po telefon.
***
- Auba! Nie zamierzam znów wysłuchiwać twoich głupot! Idź i poszukaj tego misia, a nie będziesz mi sie darł do słuchawki 'Houston mam problem'!- wykrzyczała Kamila.
-To ja! Marco ;d
- Marco? Przepraszam :D Nie wiedziałam, że to ty - wytłumaczyła.
- Przecież to mój telefon - zaśmiałem się.
- Ale Auba wcześniej się wydurniał... xD
- No tak...
- A jak się czujesz?
- No powiedzmy, że dobrze... Tylko mam problem z poukładaniem sobie tego wszystkiego...
- Ale czego?
- Miałem sen... I pomyliłem go z realnym życiem...
- Znam to. Często tak miewam. Kiedy wychodzisz?
- Nie wiem jeszcze... Ale powiedz mi - jak układa Ci się z Barthelem?
- W porządku, dzięki.
- To dobrze :) - a to jednak nie był sen :/
- Marco, muszę kończyć. Jak wyjdziesz to pewnie się spikniemy i się spotkamy - powiedziała.
- No okej...
- Paa
- Hej...
***
Hmmm... Dziwne uczucie :/ No cóż. Życie toczy sie dalej. Z Kamilą, czy bez...
- No proszę! Jak się pan czuje? - spytał lekarz.
-Okropnie, strasznie, źle, gorzej być nie może, moje życie legło w gruzach / wspaniale - powiedziałem.
- To świetnie! Zrobimy kilka badań i jutro będzie istniała możliwość opuszczenia szpitala - uśmiechnął się.
- Rozumiem.
- Doktorze! Potrzebna pańska pomoc! - na salę wbiegła jakaś pielęgniarka.
- Już. Zaraz do pana wrócę - powiedział i biegiem opuścił salę.
- Wyglądasz, jakbyś zleciał z piętnastego piętra, wleciał pod pociąg, z którego wszystkie cegły walnęły cię w twarz! - powiedział Auba.
- Oglądasz zdecydowanie za dużo filmów! - stwierdziłem.
- No wiem ;D Powiedz, co cię tak przybiło?
- Życie, Auba. Życie.
Patrzył na mnie dziwnym spojrzeniem.
- Mwahahahah! Do sekty wstapiłeś?! - wybuchnął nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji.
- Tak, Auba... -_-
------------------------------
Hej, hej <3 Więc wznawiam bloga ;)) Nie mogłam bez niego żyć :D Mam nadzieję, że po tej akcji mnie nie znienawidzicie xD I tak i tak Was kocham ;3 Pozdrawiam -Emila Reus ;*
Lekarz poszedł do innych pacjentów. Ja opadłem na siedzenie. Stwierdziłem, że jednak powiadomię Agatę i Kubę. Za pomocą telefonu napisałem sms'a do Kuby.
*Kamila jest w szpitalu. Nie martwcie się. Cały czas przy niej jestem*
Za zaledwie kilka sekund usłyszałem dzwonek mojego telefonu.
***
- Halo?
- Marco! Który to szpital?!
- Kuba! Uspokój się. Przecież słychać po głosie, że jesteś strasznie zmęczony! I tak i tak teraz jest nieprzytomna, więc nie ma sensu, żebyście się błąkali po nocy...
- Nie ma mowy!
- Obiecuję, że gdy będzie coś wiadomo od razy dam wam znać. Teraz nawet z lekarzem spokojnie nie pogadasz.
- Ale wszystko z nią w porządku? - powiedział już spokojniej.
- Tak...
- Ale z samego rana przyjeżdżamy!
- Dobrze.
- Informuj nas na bieżąco.
- Zrozumiałem, a teraz śpij spokojnie.
Kuba się rozłączył. Strasznie się martwił od samego początku. Jednak jedno nie dawało mi spokoju... Kim byli ci mężczyźni? Domyślam się, że jeden z nich to na pewno ten Barthel... Od samego początku mi się nie podobał!
Postanowiłem wejść do Kamili. Wiem, że jest nieprzytomna, ale to nic. Poprosiłem przechodzącą pielęgniarkę o pozwolenie. Na całe szczęście je otrzymałem.
Spokojnie otworzyłem drzwi. Nagle cały obraz mi się rozmazał. Głosy dochodzące z korytarza jakby się oddalały. Przede mną rozprzestrzeniała się gęsta mgła.
*************
- Marco?
- C.. co? - wydukałem.
- Zerwałeś się, jak po jakimś horrorze! - śmiał się Aubameyang.
- Co ty mówisz?! - nic nie rozumiałem.
- Nie wiem o co ci chodzi :D
- Kamila! Przecież ona jest w szpitalu!
- Eee.. xD To Ty jesteś w szpitalu - wyjaśnił.
- Co?!
- Nie pamiętasz?
- Nie?
- No to ja Ci przypomnę - uśmiechnął się Pierre.
- Słucham.
- Zacznijmy od początku... Jutro gramy mecz. Ważny mecz. Kilka dni temu trenowaliśmy. Wszyscy strasznie się starali. Niestety treningowi sprzyjała wysoka temperatura. No i ty poległeś...
- Nie rozumiem...
- Zasłabłeś! I zapadłeś w taką krótką śpiączkę...
- O cholera... Ej.. a Kamila? Znaleźliście ją?
- Po co mieliśmy jej szukać? Chodzi do liceum. Dobrze sobie radzi.
- Czyli... Nie! Niemożliwe! Przecież ten las... Kamila...
- No! Musiałeś się nieźle narąbać tą narkozą! ;D - zaśmiał się.
- Weź...
- Ułóż to sobie w głowie, a ja pójdę po lekarza - uśmiechnął się i wyszedł.
- Żeby to jeszcze było takie proste... - burknąłem pod nosem.
Jedynym rozwiązaniem tej sprawy był telefon do Kamili. Wyciągnąłem rękę po telefon.
***
- Auba! Nie zamierzam znów wysłuchiwać twoich głupot! Idź i poszukaj tego misia, a nie będziesz mi sie darł do słuchawki 'Houston mam problem'!- wykrzyczała Kamila.
-To ja! Marco ;d
- Marco? Przepraszam :D Nie wiedziałam, że to ty - wytłumaczyła.
- Przecież to mój telefon - zaśmiałem się.
- Ale Auba wcześniej się wydurniał... xD
- No tak...
- A jak się czujesz?
- No powiedzmy, że dobrze... Tylko mam problem z poukładaniem sobie tego wszystkiego...
- Ale czego?
- Miałem sen... I pomyliłem go z realnym życiem...
- Znam to. Często tak miewam. Kiedy wychodzisz?
- Nie wiem jeszcze... Ale powiedz mi - jak układa Ci się z Barthelem?
- W porządku, dzięki.
- To dobrze :) - a to jednak nie był sen :/
- Marco, muszę kończyć. Jak wyjdziesz to pewnie się spikniemy i się spotkamy - powiedziała.
- No okej...
- Paa
- Hej...
***
Hmmm... Dziwne uczucie :/ No cóż. Życie toczy sie dalej. Z Kamilą, czy bez...
- No proszę! Jak się pan czuje? - spytał lekarz.
-
- To świetnie! Zrobimy kilka badań i jutro będzie istniała możliwość opuszczenia szpitala - uśmiechnął się.
- Rozumiem.
- Doktorze! Potrzebna pańska pomoc! - na salę wbiegła jakaś pielęgniarka.
- Już. Zaraz do pana wrócę - powiedział i biegiem opuścił salę.
- Wyglądasz, jakbyś zleciał z piętnastego piętra, wleciał pod pociąg, z którego wszystkie cegły walnęły cię w twarz! - powiedział Auba.
- Oglądasz zdecydowanie za dużo filmów! - stwierdziłem.
- No wiem ;D Powiedz, co cię tak przybiło?
- Życie, Auba. Życie.
Patrzył na mnie dziwnym spojrzeniem.
- Mwahahahah! Do sekty wstapiłeś?! - wybuchnął nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji.
- Tak, Auba... -_-
------------------------------
Hej, hej <3 Więc wznawiam bloga ;)) Nie mogłam bez niego żyć :D Mam nadzieję, że po tej akcji mnie nie znienawidzicie xD I tak i tak Was kocham ;3 Pozdrawiam -Emila Reus ;*
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
17. ''TO NIE MOJA WINA!''
- Znaleźliśmy dziewczynę Martwą.
Co?! Co on powiedział?! W
moich oczach stanęły łzy, które zaraz wydostały się na zewnątrz. Agata zerknęła
na mnie. Nagle zaczęła piszczeć i
płakać.
- Halo! Proszę pana! Proszę przyjechać do (…) – powiedział.
- Halo! Proszę pana! Proszę przyjechać do (…) – powiedział.
*JAKIŚ CZAS POTEM*
Nie mogliśmy się z tego otrząsnąć… Cały czas miałem w głowie słowa
tego policjanta!
Po upływie jakiegoś czasu ruszyliśmy
do… kostnicy. Agata cały czas płakała. Policjant nas ‘’powitał’’… Wraz z nim
weszliśmy do tego mrocznego miejsca. Pracownik odkrył twarz Kamili. Agata nie
chciała na to patrzeć, dlatego wcześniej schowała twarz w dłonie.
- Ale to nie jest Kamila – powiedziałem.
- Jak to? – zdziwił się policjant – Proszę zerknąć jeszcze raz.
- Ta dziewczyna to nie nasza Kamila!
Agata odsunęła ręce od twarzy.
- Boże… Masz rację Kuba! Kamień z serca – przytuliła się do mnie, nadal jednak płacząc.
- Czyli, że ta osoba nie należy do waszej rodziny? – spytał.
- Absolutnie – powiedziałem.
- A więc przepraszamy za to całe zamieszanie. Zaraz na nowo wznowimy poszukiwania- powiedział.
- Dziękujemy. Do widzenia – powiedziałem.
- Do widzenia.
Trochę się uspokoiliśmy, ale gdzie nasza Kamila? ;( <3
- Ale to nie jest Kamila – powiedziałem.
- Jak to? – zdziwił się policjant – Proszę zerknąć jeszcze raz.
- Ta dziewczyna to nie nasza Kamila!
Agata odsunęła ręce od twarzy.
- Boże… Masz rację Kuba! Kamień z serca – przytuliła się do mnie, nadal jednak płacząc.
- Czyli, że ta osoba nie należy do waszej rodziny? – spytał.
- Absolutnie – powiedziałem.
- A więc przepraszamy za to całe zamieszanie. Zaraz na nowo wznowimy poszukiwania- powiedział.
- Dziękujemy. Do widzenia – powiedziałem.
- Do widzenia.
Trochę się uspokoiliśmy, ale gdzie nasza Kamila? ;( <3
*MARCO REUS*
Ja już dłużej tak nie mogę! Nie
wytrzymam w tej świadomości, że jej się coś stało! Wiem, ze policja się stara,
ale to mi nie wystarcza! Postanowiłem jej poszukać… To takie dziwne uczucie…
Zupełnie, jakby serce do mnie przemawiało… Wziąłem kluczyki do auta i ruszyłem
w drogę. Nikomu nic nie mówiąc rozpocząłem poszukiwania. Szukałem jej w najmniejszych
zakamarkach Dortmundu. Postanowiłem wyjechać po za miasto. Ulice otaczał gęsty
las. Było już ciemno. Prawie nic nie mogłem spostrzec. Jednak coś we mnie jakby
drgnęło i postanowiłem zobaczyć, co też kryje się w tym lesie. Zaparkowałem. Zacząłem szukać choćby śladów.
- Debilu!
- To nie moja wina!
- Ona się nie rusza!
- I co z tego?!
- Wiejemy!
Te głosy podsłuchiwałem kryjąc się za drzewem.
- Ale ją tu zostawisz?!
- A mam wyjście?! Nie będę trupa w samochodzie woził!
- A może ona żyje?!
- Ty to już lepiej się nie odzywaj!
Głosy się oddalały. Po chwili usłyszałem dźwięk odjeżdżającego samochodu. Pojechali. Serce mi strasznie przyspieszyło.
- Trupa? O Matko… - szybko ruszyłem przed siebie.
- Debilu!
- To nie moja wina!
- Ona się nie rusza!
- I co z tego?!
- Wiejemy!
Te głosy podsłuchiwałem kryjąc się za drzewem.
- Ale ją tu zostawisz?!
- A mam wyjście?! Nie będę trupa w samochodzie woził!
- A może ona żyje?!
- Ty to już lepiej się nie odzywaj!
Głosy się oddalały. Po chwili usłyszałem dźwięk odjeżdżającego samochodu. Pojechali. Serce mi strasznie przyspieszyło.
- Trupa? O Matko… - szybko ruszyłem przed siebie.
Moim celem był taki jakby mały schowek.
Biegłem ile sił w nogach. Ze strachem
stanąłem przed drzwiami. Tysiąc rozmaitych myśli nachodziło mi do głowy. A co
jeśli zastanę tam Kamilę? Przecież ja tego nie przeżyję! Otworzyłem ciężkie
drzwi. W ciemnym rogu leżała blada postać. Niepewnie podszedłem bliżej.
- Nie! Nie! – łzy spłynęły po moich policzkach – Kamila! Boże! Co oni ci zrobili?! – przykucnąłem.
Sprawdziłem tętno. Biło. Słabo, ale jednak biło. Szybko zabrałem ją do samochodu. Moją misją było jak najszybsze dowiezienie Kamili do szpitala.
- Nie! Nie! – łzy spłynęły po moich policzkach – Kamila! Boże! Co oni ci zrobili?! – przykucnąłem.
Sprawdziłem tętno. Biło. Słabo, ale jednak biło. Szybko zabrałem ją do samochodu. Moją misją było jak najszybsze dowiezienie Kamili do szpitala.
*W SZPITALU*
- Pomocy! – krzyknąłem, kiedy wbiegłem
do szpitala trzymając nieprzytomną Kamilę na rękach.
- Spokojnie. Co się stało? – podeszła do mnie pielęgniarka.
- To moja przyjaciółka! Banda idiotów ją uprowadziła i przez długi czas trzymała jakimś schowku w lesie! Błagam! Niech ktoś zadba o to, by nic się jej nie stało! – poczułem, ze łzy mimowolnie napływają do moich oczu.
- Sekundka. Doktorze! Eva! Zabierz ją do sali! – krzyknęła do innej pielęgniarki, a sama pobiegła szukać lekarza.
Druga pielęgniarka przewiozła Kamilę do sali. Mi jednak nie było wolno tam wchodzić. Po kilku minutach do sali wbiegł lekarz. Przez to całe zamieszanie zapomniałem powiadomić Kubę i Agatę. Wyjąłem telefon. 00:36… Pewnie śpią, więc nie ma sensu ich budzić i martwić. Powiadomię ich, kiedy będzie już coś wiadomo.
- Spokojnie. Co się stało? – podeszła do mnie pielęgniarka.
- To moja przyjaciółka! Banda idiotów ją uprowadziła i przez długi czas trzymała jakimś schowku w lesie! Błagam! Niech ktoś zadba o to, by nic się jej nie stało! – poczułem, ze łzy mimowolnie napływają do moich oczu.
- Sekundka. Doktorze! Eva! Zabierz ją do sali! – krzyknęła do innej pielęgniarki, a sama pobiegła szukać lekarza.
Druga pielęgniarka przewiozła Kamilę do sali. Mi jednak nie było wolno tam wchodzić. Po kilku minutach do sali wbiegł lekarz. Przez to całe zamieszanie zapomniałem powiadomić Kubę i Agatę. Wyjąłem telefon. 00:36… Pewnie śpią, więc nie ma sensu ich budzić i martwić. Powiadomię ich, kiedy będzie już coś wiadomo.
*KILKA GODZIN PÓŹNIEJ*
Wywożą
ją w tą i z powrotem na badania…
- Pan z rodziny? – spytał lekarz, kiedy wyszedł z sali.
- Tak jakby… Czy wszystko z nią w porządku?!
- Jest strasznie posiniaczona, pokaleczona… Na całe szczęście nie ma raczej żadnych obrażeń wewnętrznych. Jednakże jest strasznie przemarznięta… Podaliśmy kroplówkę. Teraz pozostało nam czekać, aż się wybudzi. Wtedy będziemy mogli zrobić kolejne, ważne badania.
- Pan z rodziny? – spytał lekarz, kiedy wyszedł z sali.
- Tak jakby… Czy wszystko z nią w porządku?!
- Jest strasznie posiniaczona, pokaleczona… Na całe szczęście nie ma raczej żadnych obrażeń wewnętrznych. Jednakże jest strasznie przemarznięta… Podaliśmy kroplówkę. Teraz pozostało nam czekać, aż się wybudzi. Wtedy będziemy mogli zrobić kolejne, ważne badania.
----------------------
Taki tam dreszczyk ;DD Mam nadzieję, ze mnie nie zabijecie :D <3 Pozdrawiam ;3
KOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ MNIE ♥
wtorek, 6 sierpnia 2013
16. ''JA TO MAM FARTA''
Na policji od razu zaczęły się poszukiwania. Niestety... Policja zakazała działania ''na własną rękę''. Nic z tym nie mogliśmy zrobić. Byliśmy bezradni! Zostało nam tylko czekać...
*KILKA DNI PÓŹNIEJ*
Dzień, jak co dzień... Treningi, dom, rodzina, przygnębiający brak Kamili... Agata się załamała... To już nie ta sama kobieta. Nadal ją strasznie kocham, ale nie mogę patrzeć, jak cierpi! Pocieszam ją, jak tylko mogę. Całuję, przytulam, współczuję, KOCHAM <3 Oliwka wierzy w to, co powiedzieliśmy... Że Kamila wyjechała na ''krótki wypoczynek do koleżanki''...
*KILKA DNI PÓŹNIEJ*
(7 LISTOPAD)
- Agata?
- Tak? - spytała smutna.
- Uśmiechnij się, kochanie. Nie mogę już patrzeć na ciebie w takim stanie...
Agata popatrzyła mi prosto w oczy. Spontanicznie opadła na kanapę i zaczęła płakać.
- Ja nie mogę! Nie potrafię! Tak bardzo ją kocham!
- Aguś... - usiadłem obok niej - tą sprawą zajmują się specjaliści.
- I co z tego?!
- Jestem pewien, że Kamila lada dzień stanie u naszych drzwi.
- Na prawdę?
- Tak - lekko się uśmiechając otarłem jej łzę i przytuliłem do siebie.
Sam nie byłem pewien tego, co powiedziałem... Jednak muszę być silny. Moją misją jest wspieranie Agaty ;3
*KILKA DNI PÓŹNIEJ*
(13 LISTOPAD)
Wróciłem z treningu.
- Hej - pocałwoałem Agę.
- Hej ;*
- Gdzie nasz Robaczek?
- U Piszczków. - odpowiedziała.
- A co powiesz na... - moje słowa przerwał dzwoniący telefon - ja to mam farta -,-
***
- Słucham - powiedziałem.
- Dzień dobry - odezwał się znajomy głos - Z tej strony policjant Danielle Monte.
- I jak? Macie jakieś nowości? - ucieszyłem się.
- Owszem.
- Na co pan czeka?! Niech pan mówi!
- Znaleźliśmy dziewczynę. Martwą.
----------------------------
Hej <3 Tak wiem - chcecie mnie zabić ;D Ale uwierzcie mi - musiałam to zrobić... Taki mały dreszczyk emocji Wam nie zaszkodzi ;DD Dlatego też taki króciutki ;< Jutro - w kolejnym rozdziale, wszystko się wyjaśni ;** Pozdrawiam :)
KOMENTUJCIE ;3
*KILKA DNI PÓŹNIEJ*
Dzień, jak co dzień... Treningi, dom, rodzina, przygnębiający brak Kamili... Agata się załamała... To już nie ta sama kobieta. Nadal ją strasznie kocham, ale nie mogę patrzeć, jak cierpi! Pocieszam ją, jak tylko mogę. Całuję, przytulam, współczuję, KOCHAM <3 Oliwka wierzy w to, co powiedzieliśmy... Że Kamila wyjechała na ''krótki wypoczynek do koleżanki''...
*KILKA DNI PÓŹNIEJ*
(7 LISTOPAD)
- Agata?
- Tak? - spytała smutna.
- Uśmiechnij się, kochanie. Nie mogę już patrzeć na ciebie w takim stanie...
Agata popatrzyła mi prosto w oczy. Spontanicznie opadła na kanapę i zaczęła płakać.
- Ja nie mogę! Nie potrafię! Tak bardzo ją kocham!
- Aguś... - usiadłem obok niej - tą sprawą zajmują się specjaliści.
- I co z tego?!
- Jestem pewien, że Kamila lada dzień stanie u naszych drzwi.
- Na prawdę?
- Tak - lekko się uśmiechając otarłem jej łzę i przytuliłem do siebie.
Sam nie byłem pewien tego, co powiedziałem... Jednak muszę być silny. Moją misją jest wspieranie Agaty ;3
*KILKA DNI PÓŹNIEJ*
(13 LISTOPAD)
Wróciłem z treningu.
- Hej - pocałwoałem Agę.
- Hej ;*
- Gdzie nasz Robaczek?
- U Piszczków. - odpowiedziała.
- A co powiesz na... - moje słowa przerwał dzwoniący telefon - ja to mam farta -,-
***
- Słucham - powiedziałem.
- Dzień dobry - odezwał się znajomy głos - Z tej strony policjant Danielle Monte.
- I jak? Macie jakieś nowości? - ucieszyłem się.
- Owszem.
- Na co pan czeka?! Niech pan mówi!
- Znaleźliśmy dziewczynę. Martwą.
----------------------------
Hej <3 Tak wiem - chcecie mnie zabić ;D Ale uwierzcie mi - musiałam to zrobić... Taki mały dreszczyk emocji Wam nie zaszkodzi ;DD Dlatego też taki króciutki ;< Jutro - w kolejnym rozdziale, wszystko się wyjaśni ;** Pozdrawiam :)
KOMENTUJCIE ;3
sobota, 3 sierpnia 2013
15. "DRZWI SĄ OTWARTE"
Kilka minut
pozniej przyjechal Marco.
- Jakto
wszystko sie stalo?! - spytal.
- Rano
normalnie poszla do szkoly! Teraz nie odbiera telefonu! Boje sie! - wytlumaczyla Agata ze lzami w oczach.
- A ten caly
Barthel? Moze jest u niego!
- To samo
stwierdzilem! - powiedzialem.
- Ale ja nawet
nie wiem,gdzie on mieszka! - rozpaczala Agata.
- Nie martw
sie... Ja wiem - powiedzial Marco.
- To bardzo
dobrze! Jedziemy! - powiedziala.
- Kochanie?
Lepiej będzie jaj zostaniesz w domu z Oliwka. Ja i Marco sobie poradzimy -
powiedzialem.
- Ale...
- Kuba ma
racje... - powiedzial Marco.
Ostatecznie
udalo nam sie namowic Agate. Zostala. Ja i Marco pojechalismy do domu tego
Barthela...
- Zapukaj -
powiedzial do mnie Marco.
- Po co? Drzwi
są otwarte... - zauwazylem zdzwiony.
- Ooookej...
Dziwne - powiedzial Marco.
- Wchodzimy?
- No raczej -
powiedzial i weszlismy do srodka.
Zaczelismy sie
rozgladac po parterze.
- Kuba! Telefon
Kamili - powiedzial Marco.
- O lol... Musialo
sie cos stac. Ona nigdy sie nie rostaje ze swoim telefonem!
- Nie wiem, co tu jest grane, ale coraz bardziej s i e martwię...
- Rozejrzyjmy
sie w reszcie domu.
Poszlismy na
gore. Obydwaj weszlismy do tego samego pomieszczenia. Byla to sypialnia.
- O Jezu!-
Marco zatkal twarz dlonmi.
- Nie!!!
W pokoju byl
straszny balagan. Na lozku byla krew. Gdzieniegdzie lezaly brązowe wlosy
Kamili.
- Czy ty
myslisz, ze on... Ze ona... - nie dokonczyl Marco.
- Ja nic nie
mysle! Rozumiesz?! Nie wiem, gdzie ona jest! Nie wiem,czy ona zyje! Moze ten
idiota ja zabil i gdzies wywiozl?!
- Przestan! Nie
chce tego slyszec! Ona musi zyc! - Marco niemaze plakal.
- Dzisiaj juz
niczego nie zalatwimy! Jest juz pozno!- powiedzialem.
- Poje*alo
cię?! Musimy ja znaleźć!- kierowal sie do drzwi, aby szukac Kamili.
- Marco -
zlapalem go za ramie - wiem, ze ci zalezy. Mi tez. Ale zrozum, ze teraz nic
nie osiagniemy! Rano wznowimy poszukiwania.
Udalo mi sie go
namowic. Pojechaliśmy do domu. Wszyscy zalamani wyczekiwalismy jutra.
*KOLEJNY DZIEN*
Juz
od samego rana zajelismy sie szukaniem Kamili. Po dlugich poszukiwaniach
zdecyowalismy zglosic zaginiecie na policji.-------------------------
No heej kochani <3 I ponownie Was przepraszam za te błędy, ale jak wiecie pisałam to na tablecie -,- Dziś się nie rozpisywałam, bo chwila moment dodam na drugiego bloga pierwszy rozdział :) Serdecznie zapraszam!:) http://zdazycprzedkoncem.blogspot.com/
KOMENTUJCIE ♥
piątek, 2 sierpnia 2013
NOWY BLOG ♥
Kochani! Założyłam nowego bloga :) Myślę, ze mogę liczyć na waszą obecność na nowym blogu :) Czekam na Waszą szczerą opinię w komentarzach ;* 1 - szy rozdział dodam jutro <3 SERDECZNIE ZAPRASZAM! <3 http://zdazycprzedkoncem.blogspot.com/
14. "NIE DOMYŚLASZ SIĘ, KOCHANIE?"
*PO ODZYSKANIU PRZYTOMNOŚCI*
Obudziłam się. Rozglądałam się dookoła. Był to dom Barthela. Ale jego przy mnie jednak nie było.
Obudziłam się. Rozglądałam się dookoła. Był to dom Barthela. Ale jego przy mnie jednak nie było.
- O! Widzę, ze
sie obudzilas! To bardzo dobrze sie sklada! - podszedl do mnie i zaczal sciagac
mi bluzke.
- Co ty robisz?! Puszczaj mnie psycholu!!! - zaczelam krzyczec wyrywajac sie mu.
Na nic niestety
zdaly sie moje krzyki... Barthel osiągnął swoj cel...
*KILKADZIESIAT
MINUT PÓŹNIEJ*
Lezalam na
ziemi placzac. Cala bylam poobijana, pokrwawiona... Jakis czas minal, kiedy
odwazylam sie wstac i skierowac do drzwi. Po prostu wrocic do domu. Barthela
przy mnie nie bylo. Po tym okrucieństwie jakie zrobil zniknal... Cala
zdruzgotana mialam juz chwytac za klamke.
- A gdzie to
sie wybiera?! - uslyszalam glos Barthela za plecami.
- Daj mi
spokoj!!!- krzyknelam jeszcze bardziej placzac.
- Nigdzie nie
pojdziesz! Juz tu zostaniesz! Na zawsze! Nikt cie nie znajdzie!- uderzyl mnie.
- Znajda mnie!
Albo sama uciekne! Byleby nie byc tu z toba, debilu! - zaczelam mu sie wyrywac.
- Myslisz, ze
bedziesz tu przebywac?! Hahhaha! Nie jestem taki glupi! - znow mnie szarpnal i
uderzyl.
- Pomocy!!!-
zaczelam krzyczec caly czas placzac.
- Zamknij sie!-
wzial jakis ciezki przedmiot zza siebie i uderzyl mnie nim w glowe.
*PO ODZYSKANIU
PRZYTOMNOSCI*
Obudzilam sie.
Juz nie bylam w domu tego kretyna... Sama nie wiem gdzie bylam. To jakies
chlodne, wilgotne i ciemne pomieszczenie. Cos w stylu piwnicy, ale to na pewno
nie to... Nagle drewniane drzwi sie otworzyly, a moim om ukazali sie Barthel,
Daniel, Oscar, Phillip i Felix. Ci ktorych wymienilam to, to slawetne
towarzystwo Barthela.
- Podoba ci
sie?!- spytal Barthel - podziekuj chlopakom! To oni ci taka piekna miejscowe
znalezli! - zasmiali sie.
- Czego wy ode
mnie chcecie?!- plakalam.
- Nie domyslasz
sie, kochanie? - spytal mnie Oscar.
- Dobra
chlopaki... Daniel! Teraz twoja godzina... Potem Felix - powiedzial.
- Jasne -
potwierdzili i wyszli.
Zostalam sama z Danielem. Znow ten sam
koszmar. Czy kiedyś się to skonczy?
*W TYM SAMY
CZASIE*
- Gdzie ona
jest?- spytala Agata.
- Moze poszla
do tego swojego chlopaka?- zarzucilem.
- To raczej
niemozliwe... Zawsze mi o tym mowila... Martwie sie, Kuba.
- No to moze u
Marco?
- Zadzwonię do
niego - powiedziala wyjmujac telefon.
*ROZMOWA
TELEFONICZNA*
- Halo, Marco?
- No,co tam?
- Jest u ciebie
Kamila?
- Przykro mi,
ale nie. A cos sie stalo?
- Cholera no!-
zalamala sie.
- Aga...
Spokojnie. Co sie stalo?
- Kamila
zniknela! Jest juz ta godzina (23:12) a jej nadal nie ma!
- O Boże! Agata
ja zaraz będę u was! Moze razem cos wymyslimy! - powiedzial i sie rozlaczyl.
-------------------
Było 3 komentarze, wiec dotrzymałąm słowa :) Coraz wieksze zameiszanie ;DD Aaa! Zakłądam nowego bloga. Już założyłam, ale musze dopracować prolog ;* Dam Wam znać :) Tylko nie pomyślcie sobie, ze ten blog dobiega konca! Jeszcze trochę dużo sie tu wydarzy ;D
CZYTASZ? - KOMENTUJ :)
13. "Ej, ej"
*ROZPOCZĘCIE ROKU SZKOLNEGO*
Dziś ten wielki dzień. Nowa szkoła, nowi ludzie, a w moim przypadku - nowe problemy... Strasznie się stresuję, ale na szczęście jest przy mnie Barthel <3 On chodzi już trochę do tej szkoły, wiec dla niego to norma... Przyszedł po mnie rano i spacerkiem poszliśmy do szkoły. Już na samo "dzień dobry" pod szkołą stał gang "niegrzecznych" chłopaków... Tak jak w rozmaitych, kiczowatych filmach mieli na sobie skórzane kurtki, wielorybie spodnie, motory u boków, włosy postawione na żel... No i oczywiście, jak to w filmach - myśleli, ze są fajni... A, ze jaj jestem szczerym człowiekiem od razu podzieliłam sie z Barthelem opinią na ich temat ;D
- Ej? Wiesz co ci powiem? - spytałam.
- Co takiego?
- Widzisz tych kolesi? - spojrzałam na nich.
- Tak, a co?
- Mogę wyrazić szczerą opinię na ich temat?
- Dajesz ;D
- A wiec... Uważam, ze to banda tanich lamusów, która chce sie podlizać tutejszym dziewczynom.. Niestety biedni debile nie wiedzą, że się ośmieszają i są zwykłymi dupkami w skórzanych kurtkach z ciucholoan...
- Ej, ej ;D Nie zapędzaj się kotek ;D - przerwał mi.
- No, ale ja chciałam tylko..
- No wiem przecież ;D A tym samym wcale nie chciałaś urazić tych "biednych debili" ;D
- Spadaj -_- - uderzyłam go lekko/
- No weeź ;D Przecież Cię kocham ;**
- No wię <3
Aaa! Bo wy nie wiecie! Ja i Barthel ten.. No wiecie.. Chodzimy ze sobą <3
*PO LEKCJACH*
- I jak słonko? Nie było tak źle! Mamy fajnych ludzi w klasie. Jakoś sobie poradzimy ;* - powiedział Barthel, kiedy odprowadzał mnie do domu.
- No oprócz tego, ze do naszej klasy uczęszczają ci gangsterzy to muszę przyznać ci rację :) Kocham cię - powiedziałam całujac go.
- Ja ciebie też <3 - odwzajemniał pocałunki.
*DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ*
Minęły już dwa tygodnie od rozpoczęcia roku szkolnego. Czy coś sie zmieniło? Niestety dużo ;( Pamietacie tych gangsterów z mojej nowej klasy? Ja już chyba o nich nigdy nie zapomnę... Wciagnęli Barthela w swoje dziwne życie... Przez nich on stał się całkowicie innym człowiekiem... Jest obojętny... Dziś jesteśmy już po szkole.
- Dzisiaj idziesz do mnie - powiedział, a raczej rozkazał.
- Nie idę do ciebie... Dziś się muszę poduczyć do testu z niemieckiego - powiedziałam.
- Nie słyszałaś, co powiedziałem?! Idziesz do mnie! - krzyknął.
- Co się z tobą dzieje?! Od kad zacząłeś sie zadawać z tamtymi chłopakami stałeś się zupełnie inny! Nie masz szacunku do innych! Nie potrafisz pytać, prosić tylko od razu stawiasz rozkazy! Musisz mieć to czego pragniesz! Nie pamiętam, kiedy ostatnio mi powiedziałeś, ze mnie kochasz! Zastanów sie nad swoim zachowaniem! Grupka tych pajaców zmieniła cię w idiotę! - skierowałam się w stronę mojego domu.
- Hahahaha! - zaczął sie sarkastycznie smiać - idziesz ze mna dziw**o! - zaczął mnie szarpać.
- Poje*ało cię?! Jeszcze raz mnie szarpniesz, a z nami koniec! - krzyknęłam.
- Jeszcze raz będziesz mi grozić, a pożegnasz sie ze swoją rodzinką!
- Co ty im zamierzasz zrobić?!
- Im nic, ale tobie tak!
- Chyba cię Bozia opuściła! - krzyknęłam.
- Nie pier*ol! Idziesz ze mną!!! - znów zaczął mnie szarpać.
- Zostaw mnie!!!
- Nie drzyj mordy! - uderzył mnie w twarz.
Patrzyłam na niego, jak na jakiegoś tyrana... Pierwszy raz w życiu ktoś mnie uderzył. A co najgorsze? Tym kimś jest chłopak!
- Wystraszyłaś się?! I bardzo dobrze! Nie będziesz mi się sprzeciwiać! - uderzył mnie ponownie, ale tym razem do utraty przytomności.
--------------------
Krótki i nudny ;c Wybaczcie. Musiałam zrobić takie zamieszanie, a niebawem dowiecie sie dlaczego <3 Chciałam przeprosić, ze zaniedbuję bloga ;c Ale pamietajcie, że Was kocham i Wam dziekuję, że czytacie te moje wypociny ;D ♥ Nie dodawałm długo rozdziałów, bo jak wspomniałam przed tem nie miałąm dostępu do tabletu ;( Dlatego też możecie zauważyć w tekście wiele błedów.. ;D Chcecie kolejeny? Pod postem ma być co najmniej 3 komentarze <3 Kocham Was ;3
KOMENTUJCIE ;3
Dziś ten wielki dzień. Nowa szkoła, nowi ludzie, a w moim przypadku - nowe problemy... Strasznie się stresuję, ale na szczęście jest przy mnie Barthel <3 On chodzi już trochę do tej szkoły, wiec dla niego to norma... Przyszedł po mnie rano i spacerkiem poszliśmy do szkoły. Już na samo "dzień dobry" pod szkołą stał gang "niegrzecznych" chłopaków... Tak jak w rozmaitych, kiczowatych filmach mieli na sobie skórzane kurtki, wielorybie spodnie, motory u boków, włosy postawione na żel... No i oczywiście, jak to w filmach - myśleli, ze są fajni... A, ze jaj jestem szczerym człowiekiem od razu podzieliłam sie z Barthelem opinią na ich temat ;D
- Ej? Wiesz co ci powiem? - spytałam.
- Co takiego?
- Widzisz tych kolesi? - spojrzałam na nich.
- Tak, a co?
- Mogę wyrazić szczerą opinię na ich temat?
- Dajesz ;D
- A wiec... Uważam, ze to banda tanich lamusów, która chce sie podlizać tutejszym dziewczynom.. Niestety biedni debile nie wiedzą, że się ośmieszają i są zwykłymi dupkami w skórzanych kurtkach z ciucholoan...
- Ej, ej ;D Nie zapędzaj się kotek ;D - przerwał mi.
- No, ale ja chciałam tylko..
- No wiem przecież ;D A tym samym wcale nie chciałaś urazić tych "biednych debili" ;D
- Spadaj -_- - uderzyłam go lekko/
- No weeź ;D Przecież Cię kocham ;**
- No wię <3
Aaa! Bo wy nie wiecie! Ja i Barthel ten.. No wiecie.. Chodzimy ze sobą <3
*PO LEKCJACH*
- I jak słonko? Nie było tak źle! Mamy fajnych ludzi w klasie. Jakoś sobie poradzimy ;* - powiedział Barthel, kiedy odprowadzał mnie do domu.
- No oprócz tego, ze do naszej klasy uczęszczają ci gangsterzy to muszę przyznać ci rację :) Kocham cię - powiedziałam całujac go.
- Ja ciebie też <3 - odwzajemniał pocałunki.
*DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ*
Minęły już dwa tygodnie od rozpoczęcia roku szkolnego. Czy coś sie zmieniło? Niestety dużo ;( Pamietacie tych gangsterów z mojej nowej klasy? Ja już chyba o nich nigdy nie zapomnę... Wciagnęli Barthela w swoje dziwne życie... Przez nich on stał się całkowicie innym człowiekiem... Jest obojętny... Dziś jesteśmy już po szkole.
- Dzisiaj idziesz do mnie - powiedział, a raczej rozkazał.
- Nie idę do ciebie... Dziś się muszę poduczyć do testu z niemieckiego - powiedziałam.
- Nie słyszałaś, co powiedziałem?! Idziesz do mnie! - krzyknął.
- Co się z tobą dzieje?! Od kad zacząłeś sie zadawać z tamtymi chłopakami stałeś się zupełnie inny! Nie masz szacunku do innych! Nie potrafisz pytać, prosić tylko od razu stawiasz rozkazy! Musisz mieć to czego pragniesz! Nie pamiętam, kiedy ostatnio mi powiedziałeś, ze mnie kochasz! Zastanów sie nad swoim zachowaniem! Grupka tych pajaców zmieniła cię w idiotę! - skierowałam się w stronę mojego domu.
- Hahahaha! - zaczął sie sarkastycznie smiać - idziesz ze mna dziw**o! - zaczął mnie szarpać.
- Poje*ało cię?! Jeszcze raz mnie szarpniesz, a z nami koniec! - krzyknęłam.
- Jeszcze raz będziesz mi grozić, a pożegnasz sie ze swoją rodzinką!
- Co ty im zamierzasz zrobić?!
- Im nic, ale tobie tak!
- Chyba cię Bozia opuściła! - krzyknęłam.
- Nie pier*ol! Idziesz ze mną!!! - znów zaczął mnie szarpać.
- Zostaw mnie!!!
- Nie drzyj mordy! - uderzył mnie w twarz.
Patrzyłam na niego, jak na jakiegoś tyrana... Pierwszy raz w życiu ktoś mnie uderzył. A co najgorsze? Tym kimś jest chłopak!
- Wystraszyłaś się?! I bardzo dobrze! Nie będziesz mi się sprzeciwiać! - uderzył mnie ponownie, ale tym razem do utraty przytomności.
--------------------
Krótki i nudny ;c Wybaczcie. Musiałam zrobić takie zamieszanie, a niebawem dowiecie sie dlaczego <3 Chciałam przeprosić, ze zaniedbuję bloga ;c Ale pamietajcie, że Was kocham i Wam dziekuję, że czytacie te moje wypociny ;D ♥ Nie dodawałm długo rozdziałów, bo jak wspomniałam przed tem nie miałąm dostępu do tabletu ;( Dlatego też możecie zauważyć w tekście wiele błedów.. ;D Chcecie kolejeny? Pod postem ma być co najmniej 3 komentarze <3 Kocham Was ;3
KOMENTUJCIE ;3
sobota, 20 lipca 2013
MAŁA INFORMACJA ;3
WITAJCIE KOCHANI! <3 Chciałabym zapromować bloga pewnej dziewczyny. Co prawda to dopiero opis bohaterów, ale z innych blogów autorki wywnioskowałam, ze warto czytać i ją wspierać :) Tu macie link - http://marco-emila.blogspot.com/ ;3
A co do mojego bloga yo rozdział dodam niebawem :) Mam mały problem, bo rozdziały pisałam na tablecie, którym teraz opiekuje się mój "kochany" braciszek -,- Także pozdrawiam i zachęcam do czytania powyższego bloga :) Ale także nie zapominajcie o moim xD Paa <33
A co do mojego bloga yo rozdział dodam niebawem :) Mam mały problem, bo rozdziały pisałam na tablecie, którym teraz opiekuje się mój "kochany" braciszek -,- Także pozdrawiam i zachęcam do czytania powyższego bloga :) Ale także nie zapominajcie o moim xD Paa <33
środa, 17 lipca 2013
12. "POPATRZ NA TĘ ŚLICZNA RODZINKĘ"
*KOLEJNY DZIEŃ*
- Kamila! Wstawaj!
Przetarłam oczy.
- Oliwka? – mała Błaszczykowska stała przy moim łóżku.
- Idziemy do palku!
- Teraz? – westchnęłam pół-śpiąco.
- Telaz! – uśmiechnęła się.
- Ale… - spojrzałam na zegarek – OMG! 13:03?!
- Śpiosek – uśmiechnęła się.
- Wiesz kto do ciebie przyszedł? – uśmiechnęłam się do niej.
- Kto?
- Łaskotkowy Potwór! – zaczęłam ją łaskotać.
- Hahahaha! – śmiała się.
- Koniec ;) – oznajmiłam po kilku minutach – ubieram się i idziemy.
- A Malco? Miał iść z nami!
Zastanowiłam się chwilę.
- No dobra!
- Jeeest!
Oliwka wyszła. Ubrałam się, uczesałam, zjadłam śniadanie, umyłam żeby i byłam gotowa do wyjścia. Trzymając Oliwkę za rękę poszłyśmy do Marco.
- Hej – uśmiechnęłam się, kiedy otworzył drzwi.
- Hej :)
- Cieść wujku – powiedziała Oliwka.
- Hej skarbie – pocałował ją w czółko.
- Przyszłyśmy, bo Oliwka strasznie chce, abyś poszedł z nami do parku – powiedziałam.
- Stlaaaśnieee! – powiedziała.
- No skoro tak strasznie chcesz, mój mały skarbie – Marco się uśmiechnął do Oliwki.
- Pójdzies?
- Pewnie ;*
- Hulaaa! – Oliwka się bardzo cieszyła.
- No to idziemy – powiedziałam.
Ruszyliśmy. Oliwka była w środku. Trzymaliśmy ją za rączki. Z prawej strony ja, a z lewej Marco.
- Kaciuśki! – powiedziała Oliwka, kiedy dotarliśmy do parku.
Był to naprawdę fajny park. Było tam jezioro, plac zabaw, ławki i wiele innych.
- Chcesz pokarmić kaczuszki? – spytał Marco.
- Taaak!
- A więc proszę – podałam Oliwce kilka kruchych ciasteczek.
Podeszliśmy do jeziorka. Oliwka z uśmiechem na twarzy karmiła ptaki.
- Pać! Jedziom! – spojrzała na mnie.
- Widzę kochanie – uśmiechnęłam się.
- A ty? – spytała Marco.
- Tak skarbie ;)
Oliwka się uśmiechnęła i wróciła do karmienia kaczek.
- Popatrz na tą śliczną rodzinkę, Saro – powiedziała jakaś starsza pani.
- A jaka zgodność!
- Po prostu wzór dla innych!
- Ale… - powiedziałam.
- Wspaniała córeczka – uśmiechnęła się jedna ze staruszek.
- Ale… - znów zaczęłam.
- Dowidzenia kochani – uśmiechnęły się i poszły.
- Lol… Co to było? – spytałam.
- Ja tam nie mam nic przeciwko, że ludzie tak myślą… Chciałbym mieć już na zawsze przy sobie takie dwie, wspaniałe kobiety – uśmiechnął się Marco.
Uśmiechnęłam się. W sumie to ja też bym chciała mieć taką rodzinę… Ale jeszcze muszę poczekać… Na swojego jedynego. Po karmieniu kaczek poszliśmy na lody. Kiedy je zamówiliśmy usiedliśmy na ławce.
- „Dzienkuję” – powiedziała Oliwka jedząc.
- Nie ma za co, skarbie – uśmiechnęliśmy się do niej.
- Siema!
- O! Barthel – uśmiechnęłam się.
- We własnej osobie – zaśmiał się – cześć – podał rękę Marco.
- Hej – uśmiechnął się.
Przynajmniej tyle – lubią się *.*
- Co tam? – spytałam.
- A nudzi mi się… Nie usiedziałem w domu, więc na miasto wyszedłem – wyszczerzył się – a wy? Z jakiej potrzeby?
- My? Z Oliwką wyszliśmy – powiedział Marco.
- A no tak! Hej skarbie – powiedział do Oliwki.
- Tak mozie mówić do mnie tylko Malko! – powiedziała Oliwka wtulając się w nas (mnie i Marco).
Po tych słowach Marco się uśmiechnął.
- Przepraszam. Nie wiedziałem – powiedział Barthel.
- Jeśtem obleziona – Oliwka założyła rękę na rękę.
- Oliwka… Przecież nic się nie stało – uśmiechnęłam się.
- Śtało! – kolejny „foch” xD
- Nie Miśku – Marco pogładził ją po policzku.
- No dobla! – przytuliła się do Marco.
- Mój skarb – pocałował ją w policzek.
- Przepraszam cię za nią… - uśmiechnęłam się do Barthela.
- To tylko dziecko – odwzajemnił gest.
- No tak ;D
- Co robisz jutro?
- Nie mam za specjalnych planów…
- No to zapraszam cię na spotkanie – uśmiechnął się.
- Okej ;)
Spojrzałam na Marco, który zajmował się Oliwką. Minę miał nie za ciekawą, a wzrok zwrócony Bóg wie gdzie…
- To ja nie przeszkadzam. Napiszę Ci, o której podjadę. Lecę – pocałował mnie w policzek.
- Pa ;)
- Pa Marco.
- Cześć…
Spojrzał na mnie z uśmiechem i poszedł.
- To jak? Idziemy? – spytałam z uśmiechem.
- Jak tam sobie chcesz… - burknął Marco.
- O co ci chodzi? – spytałam zdziwiona.
- O nic… Chodź skarbie – wziął Oliwkę – idziesz czy nie?
- No idę…
Oni już poszli. Ja ze zdziwieniem udałem się za nimi. Nie wiem o co mu chodzi… Nie powinien być zazdrosny o Barthela! Bez przesady… Jakoś odechciało mi się tej „wycieczki” -,-
- Oliwka? Możemy już iść? – spytałam, kiedy ich dogoniłam.
- Nie!
- Ale…
- Ja z nią zostanę. Przejdziemy się jeszcze na plac zabaw i ją odstawię – powiedział Marco i poszli.
- Okeeej… to było dosyć dziwne. Zaraz po przedstawieniu swojego zdania wziął i poszedł… - powiedziałam do siebie.
No skoro on się nią zajmie to wróciłam do domu.
- Gdzie Oliwka? – spytała Agata.
- Oliwka nie chciała jeszcze wracać, a mnie już strasznie nogi bolały. Marco powiedział, żebym poszła do domu, a on się nią zajmie i odstawi do domu – powiedziałam nieco kłamiąc…
- Oj kochana! W ogóle kondycji nie masz! Od jutra biegasz ze mną – uśmiechnęła się Agata.
- Okej – powiedziałam nie wiedząc na co się zgadzam xD
Poszłam do pokoju. Niebawem dostałam sms’a od Barthela. Już wiem, o której jutro mamy się spotkać.
Przetarłam oczy.
- Oliwka? – mała Błaszczykowska stała przy moim łóżku.
- Idziemy do palku!
- Teraz? – westchnęłam pół-śpiąco.
- Telaz! – uśmiechnęła się.
- Ale… - spojrzałam na zegarek – OMG! 13:03?!
- Śpiosek – uśmiechnęła się.
- Wiesz kto do ciebie przyszedł? – uśmiechnęłam się do niej.
- Kto?
- Łaskotkowy Potwór! – zaczęłam ją łaskotać.
- Hahahaha! – śmiała się.
- Koniec ;) – oznajmiłam po kilku minutach – ubieram się i idziemy.
- A Malco? Miał iść z nami!
Zastanowiłam się chwilę.
- No dobra!
- Jeeest!
Oliwka wyszła. Ubrałam się, uczesałam, zjadłam śniadanie, umyłam żeby i byłam gotowa do wyjścia. Trzymając Oliwkę za rękę poszłyśmy do Marco.
- Hej – uśmiechnęłam się, kiedy otworzył drzwi.
- Hej :)
- Cieść wujku – powiedziała Oliwka.
- Hej skarbie – pocałował ją w czółko.
- Przyszłyśmy, bo Oliwka strasznie chce, abyś poszedł z nami do parku – powiedziałam.
- Stlaaaśnieee! – powiedziała.
- No skoro tak strasznie chcesz, mój mały skarbie – Marco się uśmiechnął do Oliwki.
- Pójdzies?
- Pewnie ;*
- Hulaaa! – Oliwka się bardzo cieszyła.
- No to idziemy – powiedziałam.
Ruszyliśmy. Oliwka była w środku. Trzymaliśmy ją za rączki. Z prawej strony ja, a z lewej Marco.
- Kaciuśki! – powiedziała Oliwka, kiedy dotarliśmy do parku.
Był to naprawdę fajny park. Było tam jezioro, plac zabaw, ławki i wiele innych.
- Chcesz pokarmić kaczuszki? – spytał Marco.
- Taaak!
- A więc proszę – podałam Oliwce kilka kruchych ciasteczek.
Podeszliśmy do jeziorka. Oliwka z uśmiechem na twarzy karmiła ptaki.
- Pać! Jedziom! – spojrzała na mnie.
- Widzę kochanie – uśmiechnęłam się.
- A ty? – spytała Marco.
- Tak skarbie ;)
Oliwka się uśmiechnęła i wróciła do karmienia kaczek.
- Popatrz na tą śliczną rodzinkę, Saro – powiedziała jakaś starsza pani.
- A jaka zgodność!
- Po prostu wzór dla innych!
- Ale… - powiedziałam.
- Wspaniała córeczka – uśmiechnęła się jedna ze staruszek.
- Ale… - znów zaczęłam.
- Dowidzenia kochani – uśmiechnęły się i poszły.
- Lol… Co to było? – spytałam.
- Ja tam nie mam nic przeciwko, że ludzie tak myślą… Chciałbym mieć już na zawsze przy sobie takie dwie, wspaniałe kobiety – uśmiechnął się Marco.
Uśmiechnęłam się. W sumie to ja też bym chciała mieć taką rodzinę… Ale jeszcze muszę poczekać… Na swojego jedynego. Po karmieniu kaczek poszliśmy na lody. Kiedy je zamówiliśmy usiedliśmy na ławce.
- „Dzienkuję” – powiedziała Oliwka jedząc.
- Nie ma za co, skarbie – uśmiechnęliśmy się do niej.
- Siema!
- O! Barthel – uśmiechnęłam się.
- We własnej osobie – zaśmiał się – cześć – podał rękę Marco.
- Hej – uśmiechnął się.
Przynajmniej tyle – lubią się *.*
- Co tam? – spytałam.
- A nudzi mi się… Nie usiedziałem w domu, więc na miasto wyszedłem – wyszczerzył się – a wy? Z jakiej potrzeby?
- My? Z Oliwką wyszliśmy – powiedział Marco.
- A no tak! Hej skarbie – powiedział do Oliwki.
- Tak mozie mówić do mnie tylko Malko! – powiedziała Oliwka wtulając się w nas (mnie i Marco).
Po tych słowach Marco się uśmiechnął.
- Przepraszam. Nie wiedziałem – powiedział Barthel.
- Jeśtem obleziona – Oliwka założyła rękę na rękę.
- Oliwka… Przecież nic się nie stało – uśmiechnęłam się.
- Śtało! – kolejny „foch” xD
- Nie Miśku – Marco pogładził ją po policzku.
- No dobla! – przytuliła się do Marco.
- Mój skarb – pocałował ją w policzek.
- Przepraszam cię za nią… - uśmiechnęłam się do Barthela.
- To tylko dziecko – odwzajemnił gest.
- No tak ;D
- Co robisz jutro?
- Nie mam za specjalnych planów…
- No to zapraszam cię na spotkanie – uśmiechnął się.
- Okej ;)
Spojrzałam na Marco, który zajmował się Oliwką. Minę miał nie za ciekawą, a wzrok zwrócony Bóg wie gdzie…
- To ja nie przeszkadzam. Napiszę Ci, o której podjadę. Lecę – pocałował mnie w policzek.
- Pa ;)
- Pa Marco.
- Cześć…
Spojrzał na mnie z uśmiechem i poszedł.
- To jak? Idziemy? – spytałam z uśmiechem.
- Jak tam sobie chcesz… - burknął Marco.
- O co ci chodzi? – spytałam zdziwiona.
- O nic… Chodź skarbie – wziął Oliwkę – idziesz czy nie?
- No idę…
Oni już poszli. Ja ze zdziwieniem udałem się za nimi. Nie wiem o co mu chodzi… Nie powinien być zazdrosny o Barthela! Bez przesady… Jakoś odechciało mi się tej „wycieczki” -,-
- Oliwka? Możemy już iść? – spytałam, kiedy ich dogoniłam.
- Nie!
- Ale…
- Ja z nią zostanę. Przejdziemy się jeszcze na plac zabaw i ją odstawię – powiedział Marco i poszli.
- Okeeej… to było dosyć dziwne. Zaraz po przedstawieniu swojego zdania wziął i poszedł… - powiedziałam do siebie.
No skoro on się nią zajmie to wróciłam do domu.
- Gdzie Oliwka? – spytała Agata.
- Oliwka nie chciała jeszcze wracać, a mnie już strasznie nogi bolały. Marco powiedział, żebym poszła do domu, a on się nią zajmie i odstawi do domu – powiedziałam nieco kłamiąc…
- Oj kochana! W ogóle kondycji nie masz! Od jutra biegasz ze mną – uśmiechnęła się Agata.
- Okej – powiedziałam nie wiedząc na co się zgadzam xD
Poszłam do pokoju. Niebawem dostałam sms’a od Barthela. Już wiem, o której jutro mamy się spotkać.
----------------------------------
Hej, hej <3 Wreszcie jestem! Wybaczcie, ze tak dlugo nie dodawałam rozdziałów ;c Mój laptop był w naprawie, a rozdziały zapisane są właśnie w nim :) Powiem Wam szczerze, ze zatęskniłam za dodawaniem rozdziałów... I ten dzisiejszy dodałam z wielkim zacieszem xD Tak, czy inaczej zrobiło się trochę zamieszania ;D Co będzie dalej? CZYTAJCIE! <3 Miłego dnia Kochani <3
KOMENTUJCIE ;3
Subskrybuj:
Posty (Atom)